Rozdział 43 >> niedziela, 21 września 2008 11:11:48
Khamul wjechał stępem na dziedziniec za bramą Barad-dur i zsiadł energicznie z wierzchowca. Stajenny od razu podbiegł, by odebrać rumaka.
- Wyczyść go i nakarm porządnie – polecił sucho Cień Wschodu. – Tylko świeżym mięsem.
Goblinowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Widział, że jego pan jest w podłym humorze, a do tego ogier kłapał mu szczęką koło głowy, chcąc odgryźć uszy.
Upewniwszy się, że zwierzęciu niczego nie będzie brakować, Easterling wszedł do obszernej klatki schodowej prowadzącej na wyższe piętra, gdzie razem z Renem urządził sobie komnaty mieszkalne. Gdy tylko zanurzył się w chłodnym wnętrzu wieży, zsunął kaptur i przeczesał palcami ciemne włosy. Te kilka dni drogi w skwarze słońca przez pustynię, wykończyło go nerwowo. Mdłości i strach przed tym, by światło nie wdarło się pod kaptur, popsuły mu nastrój do reszty.
Napotkani na korytarzach strażnicy kłaniali mu się uniżenie z czcią, po czym szybko schodzili z drogi.
Odnalazł Rena w jednej z głównych komnat i stanął jak wryty.
- Co robisz?
Rohirrimczyk obejrzał się gwałtownie przez ramię, a jego czerwone oczy rozbłysły radośnie na widok towarzysza.
- Już wróciłeś? To cudownie. Nawet nie wiesz, jak mi się tu brakowało.
- Nudziłeś się? – Cień Wschodu zdjął powoli rękawice do konnej jazdy i spoglądał niepewnie na zajęcie króla piratów.
Otóż Ren malował. Na pobielonej wapnem ścianie komnaty widniał teraz krajobraz Mordoru z górującą nad otoczeniem, plującą lawą Orodruiną, i Barad-dur z płonącym Okiem na szczycie. W sumie nie byłoby w dziele nic zadziwiającego poza faktem, że był namalowany orczą krwią. Khamul wychylił się, by zajrzeć do sąsiedniej, przylegającej komnaty. Znajdowała się w niej drewniana konstrukcja, najwyraźniej przyciągnięta z sal tortur. Wisiało na niej, do góry nogami, truchło orczego żołnierza z rozpłatanym gardłem. Pod nim stało wiadro tak, by ściekająca krew miała dokąd spływać.
Drugi Po Wodzu uniósł brwi, gdy dostrzegł podobny, do połowy pełny, zbiornik koło nóg Rena.
- Czy powinienem o czymś wiedzieć? – spytał niepewnie.
Ren rozejrzał się i uśmiechnął się rozbawiony miną towarzysza.
- Miałem tu nieco problemów z armią. Uznawali najwyraźniej za przywódcę tylko ciebie. Kiedy wyjechałeś, stwierdzili że mogą powrócić do dawnych zwyczajów. Nie chcieli się mnie słuchać. Ale bez obaw. Szybko doszliśmy do porozumienia i już wszystko w porządku. Wiedzą, kto tu rządzi.
- Nie wątpię – mruknął z przekąsem Khamul, siadając ciężko na fotelu i przyglądając się „dziełu” Rohirrimczyka. Jeśli odjąć makabryczne aspekty... sama praca, była przepiękna. – Masz talent – powiedział szczerze.
Ren odłożył zakrwawione pędzle i usiadł na drugim siedzeniu.
- Dziękuję. Zawsze chciałem spróbować malowania. Na okręcie nie bardzo miałem okazję. I co? Załatwiłeś te swoje prywatne porachunki z Królem-Czarnoksiężnikiem? Nie masz zbyt radosnej miny.
- Załatwiłem – skinął Khamul wzdychając ciężko. – Ale następnego dnia znów się pożarliśmy.
Ren spoglądał badawczo na towarzysza.
- Pewnie znów mi nie zdradzisz, o co wam poszło?
- Pierwsza sprawa rzeczywiście jest prywatna, ale druga... Król Earnur dostał się w nasze ręce. Do tej pory Adunaphel pewnie go wykończyła torturami. Tak, czy inaczej, ja i Dwar Wawa uznaliśmy, że to doskonała okazja na atak na pozbawiony władzy Gondor.
- Rzeczywiście. Zaskoczenie może być naszym atutem. Zbieramy wojska? – podekscytował się Ren.
- Nie.- Khamul uśmiechnął się kwaśno. – Morgul zabronił nam ataku. Właśnie o to się pożarliśmy. Gdyby nie to, pewnie zostałbym tam jeszcze kilka dni – zakończył gorzko.
- Zwariował? Stracić taką okazję? Zaczęlibyśmy od Gondoru, a wkrótce jak domki z kart posypałyby się pozostałe kraje Śródziemia. – król piratów poderwał się wściekły i zaczął nerwowo krążyć po komnacie. – Co z niego za przywódca?
- Mądry i rozważny. Miał rację. – powiedział powoli Easterling, w zamyśleniu wpatrując się w malunek Rena.
Rohirrimczyk przystanął zagubiony.
- Ale... pokłóciłeś się z nim o to.
- I tak, i nie. Nie jesteśmy gotowi na wojnę. Za mało zapasów, za mało wojsk. Zaatakujemy, gdy Wielkie Oko nam rozkaże.
- Wiec dlaczego byłeś za podjęciem ataku na Gondor?
- Nie byłem. Podpuszczałem Morgula. Chciałem po prostu dowiedzieć się, na ile ufa mnie i moim zdolnościom strategicznym. Wyszło na to, że w ogóle. Nie chciał nawet słyszeć o planach ataku. Nie dał mi nawet szansy pokazania co potrafię. Niech Morgoth porwie Gondor. Tu chodzi o zaufanie. A nasz drogi Król-Czarnoksiężnik nie chciał nawet wysłuchać moich ewentualnych pomysłów. – Khamul był wyraźnie rozgoryczony. – Więc odwróciłem się na pięcie i wyjechałem.
Ren zbliżył się i znów usiadł obok ujmując dłoń Easterlinga.
- Ja bym cię wysłuchał. Nasz Wódz jest głupcem. Ale cieszę się, że wróciłeś tak szybko.
Khamul zesztywniał pod dotykiem.
- A co? Tęskniłeś? – uśmiechnął się krzywo.
Król piratów skinął poważnie.
- Nawet więcej. Byłem nieco zazdrosny o to, że pojechałeś osobiście do Morgula. – Jego oczy błyszczały.
Cień Wschodu wyrwał dłoń i wstał szybko starając się ukryć zmieszanie i rumieniec.
- Idę nieco odpocząć. Podróż była ciężka. Nie przeszkadzaj mi, jeśli łaska.
- Skoro tego sobie życzysz. – Ren wzruszył ramionami.
Khamul zaszył się w swoich komnatach, gdzie wziął szybką kąpiel, po czym położył się do łóżka nakrywając się pledem aż po szyję. Był zły na samego siebie i na swoją impulsywność. Gdyby się nie uniósł dumą i nie wyjechał z Minas Morgul, mógłby spędzić czas dużo, dużo bardziej interesująco.
* * *
Ji Indur zapukał nieśmiało w uchylone drzwi do pracowni Akhorahila.
- Mogę wejść? – spytał cicho.
Czarodziej kiwnął głową sztywno. Siedział przy swoim biurku skupiony na runach czytanej księgi.
- Czego chcesz? – spytał nie poświęcając Haradrimowi więcej uwagi, niż to było potrzebne.
- Morgul kazał mi przynieść ci te zwoje. Ponoć o nie prosiłeś. – Rudowłosy Ulairi położył zwinięte pergaminy przed Numenoryjczykiem. Ten tylko rzucił na nie przelotnie spojrzeniem.
- Dziękuję. Możesz odejść – oświadczył chłodno.
Indur jednak przestąpił z nogi na nogę, jakby się wahając. Jego stosunki z Akhorahilem bardzo się skomplikowały ostatnimi dniami. Po tamtym pamiętnym wydarzeniu, gdy czarodziej próbował popełnić samobójstwo, Haradrim miał cień nadziei, że jego obiekt zainteresowania, w końcu zacznie na niego patrzeć przychylniejszym wzrokiem. Szczególnie po tym... pocałunku. Nomadyczny król do teraz nie był pewien, czy mu się to przypadkiem nie przyśniło, biorąc pod uwagę dystans jaki teraz zachowywał wobec niego Akh. Nawet już nie wybuchał złością, czy irytacją, na zaczepki Ji Indura. Jedynym, co rudowłosy upiór otrzymywał, był całkowity brak zainteresowania. Haradrim szybko więc zaprzestał dotychczasowych prób zwrócenia na siebie uwagi poprzez niedwuznaczne żarty, zauważając że rozbijają się one o mur obojętności Akhorahila.
Nic już z tego nie rozumiał.
Najpierw Akh rzuca mu się na szyję, prawie siłą próbując mu się oddać na tarasie, a potem w łożu składa na jego ustach najsłodszy pocałunek świata, budząc niepotrzebne nadzieje w Haradrimie. Wszystko to po to, by prawie natychmiast po wyjeździe Khamula otoczyć się bariera nieprzystępności i ignorancji.
Khamul. To on był kluczem do sedna tej sprawy. Ale jaki miał z tym związek, na Wielkie Oko?
A tak w ogóle to kiedy, jemu, dzikiemu władcy koczowniczych plemion Haradu, zaczęło zależeć na czymś więcej, niż tylko jednorazowym „zaliczeniu” urodziwego Czarodzieja?
- Jeszcze tu jesteś? – spytał Akhorahil przewracając stronę księgi.
- Możemy porozmawiać?
- Porozmawiać? Zazwyczaj miałem wrażenie, że dążyłeś zawsze do konkretów, omijając coś tak prymitywnego jak rozmowy.
- Dlaczego nie chcesz spojrzeć mi w twarz?
Akhorahil drgnął, ale podniósł głowę i dzielnie skrzyżował chłodne spojrzenie z Indurem.
- Czego chcesz? Nie mam czasu na pogawędki. Studiuję.
- Zauważyłem. – mruknął gorzko Haradrim. – Ale nawet kiedy tego nie robisz, traktujesz mnie jak powietrze. Myślałem, że po tym co się zdarzyło, może przynajmniej zaczniesz mnie traktować ...inaczej.
- NIC się nie wydarzyło. – zasyczał nagle Akhorahil. – Zapomnij o tym. Jakby to w ogóle nigdy nie miało miejsca. Poza tym chyba nie myślałeś, że po tej chwili słabości odmieni mi się wszystko o sto osiemdziesiąt stopni i rzucę ci się w ramiona? – zadrwił. – Wyjdź stąd. Tracisz mój czas.
Oczy Ji Indura zalśniły czerwonym światłem gniewu. Powstrzymał się jednak od chęci rozszarpania czarodzieja na miejscu. Jeszcze jakiś czas temu roześmiałby mu się w twarz na takie słowa, po czym spróbowałby siłą zmusić go do uległości. Odkąd jednak Haradrim przebywał w towarzystwie innych Ulairi, nastąpiły w nim pewne zmiany. Przede wszystkim nauczył się, że również inne istoty prócz niego, miały coś do powiedzenia, ale nie spodziewał się, że ich zdanie będzie potrafiło go zranić.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł zatrzaskując za sobą drzwi. Był na siebie wściekły za tę słabość. Powinien był pokazać temu zarozumialcowi, kto tu rządzi. Jeszcze się z nim policzy.
***
Akhorahil zacisnął powieki słysząc huk i z nerwowym westchnieniem przeczesał palcami włosy. Nie powinien był pozwalać sobie na słabość. A słabością i głupotą było to, że kilka dni temu dopuścił tak blisko siebie Ji Indura. Był zdesperowany, zrozpaczony... i wtedy było mu chyba już wszystko jedno. Potem jednak... Khamul wyjechał pokłóciwszy się wcześniej z Morgulem, Czarodziej nie miał zamiaru tracić czasu i nadarzającej się okazji. Uderzył ze zdwojoną mocą w nowej walce o względy Króla-Czarnoksiężnika. Nie pozwoli temu nędznemu Easterlingowi zagrzać miejsca przy boku swego ukochanego pana. Do tej pory najwidoczniej zbyt słabo naciskał na Wodza. Trudno, tym razem się bardziej postara. Magia powoli, ale nieubłaganie poddawała się woli i umiejętnościom Akhorahila. I dobrze, bo miał zamiar ją wykorzystać, skoro nie był w stanie przekonać do siebie Morgula tradycyjnymi sposobami.
komentarze [17]Rozdział 42 >> poniedziałek, 15 września 2008 21:21:52
Wrzaski bólu i strachu wypełniły mury Minas Morgul. Szlochy i błagania o litość trwały godzinami, sprawiając, że nawet przechadzający się po korytarzach orkowie wzdrygali się z niepokojem.
Król-Czarnoksiężnik przyglądał się z ukrycia zabiegom amazonki. Było widać, że Adunaphel znajduje się w swoim żywiole. Podłoga i potężne stoły do tortur skąpane były w strugach krwi, a jednak ofiary ciągle żyły (przynajmniej w większości).
- Miała racje, kiedy mówiła, że ma do tego talent – zauważył Khamul stojąc obok swego władcy i przekrzywiając nieco głowę, by dostrzec więcej szczegółów pracy dziewczyny. – Nie chciałbym mieć z nią na pieńku. Popatrz na nią, lepi się cała od wnętrzności żołnierzy Earnura, a ma minę radosnego dziecka, które ochlapało się kaszką podczas obiadu. Jak myślisz, ile jeszcze wytrzyma król Gondoru?
- Raczej niedługo, sadząc po jego wrzaskach. Chociaż kto wie? Może Adunaphel wie co robi? To trwa już pół dnia – zauważył Wódz. Nawet on się skrzywił, gdy amazonka, z makabrycznym zadowoleniem, zaczęła wyciągać z brzucha, ciągle jeszcze żyjącego, podwładnego Earnura, jego jelito, po czym owinęła je wokół człowieka jakby to był kawałek sznurka. Przerażony król Gondoru, leżał przykuty do stołu, zmuszony patrzeć na to i nie mogąc nawet zamknąć oczu, gdyż wcześniej amazonka wycięła mu powieki.
Ji Indur dotychczas asystujący Adunaphel zbliżył się do Morgula z dość niewyraźną miną.
- Teraz to nawet mi jest niedobrze – szepnął słabo, opierając się o mur. – Ta kobieta to potwór.
- Dowiedzieliście się chociaż czegoś? – Morgul był już zniecierpliwiony. Z ulgą oderwał spojrzenie od ofiar blondynki i skierował go na Haradrima.
Indur pokręcił głową.
- Zarówno żołnierze jak i Earnur nie mają zamiaru chyba nic zdradzać na temat Gondoru. Chyba doskonale wiedzą, że i tak ich to nie uratuje.
- Ale przyniosłoby im szybszą śmierć – zauważył Khamul. – Warto tak się męczyć?
- Nawet jeśli wyśpiewaliby wszystko, to Adunaphel i tak by ich dalej torturowała. – rudowłosy Ulairi wzruszył ramionami.- Spróbuj ją powstrzymać. Dostała zabawki po raz pierwszy od dawna i nie pozwoli sobie ich tak łatwo zabrać. I tak narzeka, bo musi się pilnować, by nie dotykać ich bezpośrednio palcami, by nie wyssać życia. A przez rękawice i za pomocą narzędzi nie odczuwa się tyle radości, jak to określiła.
- Indur, przypilnuj ją. Niech się bardziej skupi na pozyskiwaniu informacji, a mniej na przyjemnościach. Chcę wiedzieć, jakimi siłami dysponuje Gondor w chwili obecnej, jaka jest jego sytuacja gospodarcza, jakie mają zapasy, jakich sojuszników... Wszystko co zdołacie z nich wyciągnąć. – Głos Morgula był chłodny i nie znoszący sprzeciwu.
- Gondorczycy to twarde sztuki, skoro po czymś takim, nadal chcą bronić swego kraju.
- Umrzeć za ojczyznę to zaszczyt. Przynajmniej według nich – westchnął Khamul. – Wydawało mi się jednak zawsze, że mają na myśli śmierć w boju, a nie w lochach przeciwnika na stole tortur. Tak czy siak, mamy w Gondorze szpiegów, prawda?
- Tak, jednak miałem nadzieję, że od kogo, jak od kogo, ale od samego króla dowiemy się jakichś szczegółów – zrezygnowany Morgul odwrócił się i ruszył schodami na górę. Miał dosyć zaduchu podziemi.
- Gdzie Akhorahil? – spytał niepewnie Indur.
- Powiedział, że ma ciekawsze rzeczy do roboty, niż patrzeć na ubój bydła – Easterling podążył za swym panem. – Idziesz?
- Morgul kazał mi pilnować Adie. – Haradrim skrzywił się słysząc obrzydliwy bulgot od strony sali tortur i wolał nawet się nie odwracać, by sprawdzić co go wywołało. – Khamul, poczekaj? Chcę cię o coś spytać. Wiesz, dlaczego Akhorahil chciał ściągnąć pierścień i popełnić samobójstwo?
Cień Wschodu zachował kamienną minę.
- Nie mam najmniejszego pojęcia. Dlaczego pytasz akurat mnie?
- Bo kiedy Akh leżał ranny... nieświadomie wypowiadał twoje imię. Przeklinał cię. – Ji Indur patrzył na niego uważnie. Wiedział, że i czarodziej i Khamul coś ukrywali przed nim.
- Nie mam sobie nic do zarzucenia – powiedział zimno Easterling tonem kończącym rozmowę. Odwrócił się i odszedł.
* * *
Dwar czekał na nich w głównej sali usadowiony wygodnie w fotelu. Podniósł się jednak natychmiast, gdy do komnaty wszedł władca twierdzy i jego zastępca.
- Skoro właśnie pozbawiliśmy Gondor króla, pozwoliłem sobie ogłosić powszechną mobilizację. Wojska będą gotowe do wymarszu za kilka dni – oświadczył z zadowoleniem. – Uderzymy znienacka. Nie są przygotowani. To będzie dla nich cios.
- Cios, po który reszta Śródziemia odda nam ze zdwojoną siłą. Nie ma mowy. – Morgul stanął przy kominku patrząc przez chwilę w zamyśleniu na trzaskający ogień.
Khamul spojrzał na niego zaskoczony.
- Dlaczego nie? Dwa ma rację. Jeśli dobrze to zorganizujemy, Gondor upadnie w ciągu kilku tygodni. Nie ma silnego przywództwa, bez Earnura. Rohan wystraszy się. Już teraz płaci nam haracz w koniach, byśmy trzymali z dala orków. Dunadani trzymają się Północy, zresztą jest ich zbyt mało, by sami mogli stawić nam czoła. Elfowie najpewniej zamkną się w swych norach. Tak samo krasnoludowie. W tym czasie my przegrupujemy resztę sił i zaczniemy ich powoli podbijać.
- Powiedziałem: nie! – Król-Czarnoksiężnik spojrzał na niego ostro. – To tylko prawdopodobny przebieg zdarzeń. Równie dobrze może się potoczyć całkiem inaczej. Rohan może wystraszyć się ataku na Gondor i zacząć mobilizować siły przeciw nam. Jeśli skontaktują się z elfami i krasnoludami, to ci mogą się zmobilizować. Przyjdą prosto do Mordoru i zrównają wszystko z ziemią. O ile jeszcze jest tu coś do zrównania. – zauważył gorzko.- Nie dysponujemy dostatecznymi siłami, by ich odepchnąć.
- Khamul jest doskonałym strategiem – zaoponował Dwar. – Myślę, że jednak nasz atak mógłby przynieść skutki. Moi wargowie są szybcy i inteligentni. Z ich pomocą możemy szybko zmobilizować do walk Easterlingów, Haradrimów, amazonki z Rhun i inne narody należące do zwolenników Mordoru.
- Wracaj na szlak. –Morgul zignorował wszystko co Dwar przed chwilą powiedział. – Chcę wiedzieć, co będzie się działo w Gondorze po zniknięciu króla.
- Ale...
- Wykonać! – syknął Król-Czarnoksiężnik.
Dwar Wawa pokłonił się sztywno i rzucając swemu władcy złe spojrzenie opuścił komnatę.
Gdy Khamul i Morgul zostali w sami, Easterling od razu naskoczył wrogo na Wodza.
- Czemu nie chcesz spróbować?! Boisz się? Wojna to zawsze ryzyko. Możemy zdobyć Śródziemie już teraz!
- Nie jesteśmy gotowi na wojnę. – powiedział oschle władca twierdzy. – Ciągle brakuje dwójki Ulairi. Wielkie Oko rezyduje w Dol Guldur, by odwrócić uwagę Mędrców od Mordoru. Ciągle nie mamy Pierścienia Władzy.
- To przecież tylko szczegóły. Nie potrzebujemy Pierścienia, ani dwójki zagubionych upiorów. – oponował Khamul. – Bez króla Gondor będzie jak stado bydła pozbawione psa pasterskiego. To łatwy łup. Moje wojska w Hithlumie są wzorowo wyszkolone. Haradrimowie to również mężni wojowie. – Nagle drgnął, gdy coś przyszło mu do głowy. – Nie ufasz mi. Nie wierzysz, że mógłbym poprowadzić wojska do zwycięstwa.
- Nie, Khamul. Nie o to chodzi. – Morgul westchnął ciężko i zbliżył się do Easterlinga chcąc go objąć. – To zbyt wielkie przedsięwzięcie i zbyt mało pewnych rzeczy. Nie mamy prawa ryzykować planów Wielkiego Oka. Nie możemy go zawieść. Wszystko w swoim czasie. – pogładził policzek Cienia Wschodu, lecz ten się uchylił od dotyku rozdrażniony. – Ruszymy do ataku, gdy Sauron stwierdzi, że jesteśmy gotowi, nie wcześniej – ciągnął niezrażony Król-Czarnoksiężnik przyciągając bliżej swego zastępcę. – A my mamy w międzyczasie inne, przyjemniejsze, sprawy do załatwienia. Hm? –musnął jego wargi zachęcająco.
Easterling jednak wyślizgnął się z jego ramion.
- To sobie je załatwiaj. Byle nie ze mną- syknął i odwrócił się ku wyjściu. – Wracam do Barad-dur, mój panie. Przecież musimy się ciasno trzymać rozkazów i zaleceń Wielkiego Oka. A według nich nie powinno mnie tu być.
- Khamul! – Morgul ruszył za nim zirytowany. – Przestań odkręcać kota ogonem. Porozmawiajmy jak dorośli. Nie MOŻEMY zacząć wojny już teraz.
Drugi Po Wodzu nawet się nie zatrzymał. Zmierzał prosto do stajen.
- Porozmawialiśmy. Przyjąłem do wiadomości. Wojny nie będzie.
- Zostań! – chwycił go za dłoń.
- Nie dotykaj mnie. – wyrwał się. Wpadł do boksu i zaczął energicznie siodłać konia.
Morgul oparł się o drzwiczki z rezygnacją.
- Nie chcę się z tobą kłócić. Proszę cię.
- Nie kłócę się przecież. – Cień Wschodu założył zręcznie zwierzęciu ogłowie.
- Jesteś obrażony.
- Nieprawda. – wyprowadził wierzchowca z boksu przed stajnię i dociągnął popręg. – Wrócę, gdy będzie ku temu wola Wielkiego Oka. – dosiadł zręcznie konia.
- Khamul – Król-Czarnoksiężnik popatrzył na niego prosząco po raz ostatni.
- Bywaj. – Easterling zaciął boki ogiera i wypadł galopem przez bramę Minas Morgul.
Wódz patrzył za nim chwilę, mrucząc przekleństwa pod nosem.
- Myślałam, że chociaż łóżko was pogodzi. – westchnęła Adunaphel stając obok niego. Podrapała się w policzek mokrą od krwi dłonią w rękawicy, zostawiając czerwony ślad. – No nic, Khamul to ciężka sztuka. Co ja chciałam...Acha.... No właśnie... Król Gondoru odszedł mi właśnie do swych przodków. Trochę wbrew mojej woli, ale nic na to już nie mogę poradzić. Nic nie zdradził. Za to żyje jeszcze kilku z jego orszaku. Tym język się rozwiązał. Ale to pionki. Nic konkretnego nie wiedzą. Jakieś szczegóły na temat rozmieszczenia w terenie pomniejszych patroli. Ponoć jeden stacjonuje w Ithilien. Ji Indur zajął się spisywaniem tych informacji.
- Doskonale. Sporządzić raport. Przejrzę go sobie dziś wieczorem. W końcu... – Morgul znów spojrzał z żalem na bramę, w której zniknął Khamul.- ... i tak nie mam w nocy nic ciekawszego do roboty.
komentarze [4]Rozdział 41 >> piątek, 29 sierpnia 2008 18:13:51
W głównej sali czekali już zaalarmowani Ji Indur i Akhorahil. Wyraźnie liczyli na widowisko, które rozwieje nieco nudę. Zerknęli na Morgula z wyczekiwaniem w oczach. Haradrim niecierpliwie, czarodziej bardziej nieśmiało i z ukrywanym bólem.
- Gdzie on jest? – Król-Czarnoksiężnik zaczął naciągać jedną z rękawic.
- Dwar go przyprowadził do Minas Morgul. Czeka wraz z królowiątkiem w sali treningowej. Zdecydowaliśmy się na to miejsce, gdyż pomyśleliśmy, że przystąpicie do pojedynku natychmiast. No chyba, że chcecie wcześniej napić się herbaty, to przyprowadzę ich tutaj – uśmiechnęła się promiennie Adunaphel.
- Nie dziękuję. Skorzystałbym, ale nie pijam już herbaty – zażartował gorzko Morgul.
Zachmurzony nieco Khamul oparł się biodrem o stół.
- Po co te ceregiele? Zakujmy go w kajdany i wrzućmy do lochów – zauważył trzeźwo.
- Wtedy godziłoby to w mój honor rycerski. – Król-Czarnoksiężnik uśmiechnął się. – Dla spokoju mojego sumienia stoczę z Earnurem uczciwy pojedynek.
- Dla spokoju sumienia? Myślę, że nie warto wyciągać twoje sumienie ze strychu. Niech tam lepiej dalej leży i się kurzy – dodał rozbawiony Indur.
- Nie dołuj mnie. Ja tez potrzebuję nieco zabawy w rycerza bez skazy i zmazy. To podbudowuje mi samoocenę. – Nagle Morgul zauważył bledniejące już ślady poparzeń na twarzy Akhorahila. Podszedł i ujął go za podbródek zmuszając do obrócenia głowy, tak by padało na nią światło pochodni. Czarodziej próbował się cofnąć, ale palce jego pana trzymały mocno jego szczękę. – A tobie co się stało? – Władca twierdzy zmarszczył brwi przyglądając się uważnie śladom – Kto ci to zrobił?
Akh wyszarpnął się i spuścił głowę. Ji Indur popatrzył z zatroskaniem na kasztanowowłosego króla, szybko jednak wyprostował się z niepokojem, gdy zauważył że wódz spogląda podejrzliwie w jego kierunku.
- To nie ja – bronił się niezręcznie widząc, że oczy Morgula zwężają się gniewnie.
- To nie on – potwierdził Akhorahil wpatrując się we własne kolana. – Sam jestem sobie winien. Próbowałem pozbyć się pierścienia.
Khamul i Adunaphel wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Nie spodziewali się takiej reakcji po czarodzieju.
Król-Czarnoksiężnik przez chwilę wyglądał jak mający wybuchnąć wulkan.
- Jesteś nieodpowiedzialnym głupcem! – syknął takim tonem, że wszyscy bez wyjątku instynktownie się skulili. – Nie po to dawałem ci tak potężny przedmiot, być teraz wzgardził nim i łaską Wielkiego Oka! Patrz na mnie, jak do ciebie mówię!
- Nie krzycz na mnie! – Akh poderwał gwałtownie głowę. Miał zaciętą minę, choć jego oczy błyszczały wilgocią.
Widok łez, które jeszcze nie zdążyły spłynąć po policzkach, ochłodził nieco gniew Morgula. Doskonale wiedział jakie konsekwencje mogłoby mieć zdjęcie pierścienia. Rozpadnięcie się w proch. Dlatego założył na każdy zaklęcie, by poraziło każdego, kto podjąłby się takiej próby. Gdyby jednak Akhorahil był uparty, ściągnąłby dar Saurona. I nie byłoby odwrotu. Król-Czarnoksiężnik sam zdziwił się, jakie uczucia wyzwoliła w nim wizja śmierci czarodzieja. Kiedy się zastanowił, zdał sobie sprawę, że zabolałaby go śmierć każdego z podopiecznych. Kiedy zdążył się do nich przywiązać?
Przykucnął koło krzesła byłego króla Numenoru, tak znaleźć się z nim na tym samym poziomie.
- Co się stało? – spytał łagodnie. – Powiesz mi, co cię skłoniło do takiej decyzji?
Jego uczeń patrzył na niego, nieco roztrzęsiony.
- Panie, Earnur czeka – przypomniała Adie z lekką paniką, chcąc szybko zmienić temat, nim Akhorahil wyzna, co go gnębi.
- To niech sobie czeka – warknął Morgul gromiąc ją spojrzeniem. – Nigdzie nie ucieknie. Z wieży nie ma wyjścia, jeśli wyraźnie nie pozwolę na nie. – spojrzał znów na Akha z troską. – Powiesz mi, czy nie?
Czarodziej powoli pokręcił głową.
- Już nie będę próbował. Obiecuję – szepnął. – Zapomnijmy o tym.
- Na pewno? – Wódz był naprawdę zmartwiony.
- Na pewno.
Król-Czarnoksiężnik pokiwał głową, po czym podniósł się i nałożył drugą rękawicę.
- Chodźmy więc do jego wysokości.
* * *
- Nie spieszyłeś się zbytnio, czarowniku. – Earnur prawie wypluł ostatnie słowo. Zadarłszy dumnie głowę patrzył jak jego gospodarz wchodzi do sali.
- Bo i nie miałem do czego. – odpowiedział Morgul z paskudnym uśmiechem. Ocenił szybko wzrokiem sytuację, czując jak pozostałe Ulairi wchodzą za nim i okrążają powoli króla Gondoru, oraz jego świtę pobladłych ze strachu żołnierzy. To, że upiory miały na głowach kaptury skrywające ich twarze, tylko podkreślało ich tajemniczość i grozę. To był pomysł Adunaphel i choć wydawał się na początku Morgulowi zabawny, teraz widział, że przynosi efekty. Śmiertelnicy obawiali się tego, czemu nie mogli się dokładnie przyjrzeć. Sam wódz ograniczył nieco witalne wpływanie mocy pierścienia na siebie. Jego skóra stała się bledsza, a rysy wyostrzone, jak u nieboszczyka kilka godzin po zgonie. Cóż, prawdę mówiąc nie podejrzewał się o takie efekciarstwo, ale miał zamiar dobrze się bawić. Aura śmierci tchnąca od siódemki Ulairi dopełniała reszty. Widać było, że nawet Earnur z trudem utrzymywał resztki kontroli nad sobą.
Król-Czarnoksiężnik odszukał szybko Dwara, który siedział pod ścianą w swej wilczej postaci. Zwierzę wywróciło oczami rozbawione sytuacją. Ten typowo ludzki gest wyglądał dość makabrycznie u pokrytej sierścią bestii.
Morgul jeszcze raz przejrzał świtę Earnura, ale ku swemu rozczarowaniu nie zauważył wśród niej jasnowłosego elfa.
- Cóż to? Jednak udało ci się wyrwać spod nadopiekuńczych skrzydeł nianiek... to znaczy, chciałem powiedzieć doradców? Uciekłeś i cichcem przybiegłeś tu do mnie, by przyjąć moje wyzwanie? Podziwiam twoją odwagę... albo głupotę.
Earnur zacisnął szczękę tak mocno, że aż wystąpiły mu z napięcia na szyi żyły.
- Jestem rycerzem honoru i nie zniosę zniewagi, która mnie spotkała podczas bitwy. Myślę, że i ciebie, panie, to gryzie, gdyż mój przyjaciel Glorfindel, przegonił cię na cztery wiatry.
Tym razem to Morgul zesztywniał z gniewu.
- Nie uciekałem przed tą złotowłosą laleczką. W przeciwieństwie do ciebie, wiem co do mnie należy i kiedy należy powściągnąć osobiste urazy na rzecz wyższego dobra. Zagrażaliście moim, wtedy jeszcze słabowitym, towarzyszom. Musiałem ich zabrać w bezpieczniejsze miejsce.
- Skoro więc twierdzisz, synu piekieł, żeś taki obowiązkowy i że trzymasz się reguł, biorę za pewnik, że pozwolisz mi opuścić to siedlisko zła w pokoju. Bo nie mam zamiaru walczyć z tobą do śmierci. Tchnie od ciebie grobem, więc pewnie zabić cię mogą tylko potężne czary. Jeśli więc reguły mają być sprawiedliwe, daj mi swoje słowo, że będziemy walczyć, tylko do obezwładnienia przeciwnika. Bronią konwencjonalną. Mieczami.
- Masz moje słowo. Ja, Morgul, Król-Czarnoksiężnik z upadłego królestwa Angmaru, pozwolę ci ujść żywcem z mej siedziby – wyrecytował wódz Ulairi mrużąc swe płonące czerwienią oczy.
Khamul gwałtownie spojrzał na niego, słysząc tę przysięgę. Jego twarz była skryta pod kapturem, ale Morgul oczami wyobraźni widział jego pełen wyrzutu wzrok.
- Doskonale. Stawaj. – Earnur płynnym ruchem wyciągnął broń.
Ji Indur podał Królowi-Czarnoksiężnikowi własny miecz.
- Jest bardzo pewny siebie, nieprawdaż? Obij go płazem po rzyci i po sprawie – szepnął do Wodza. W jego głosie brzmiało rozbawienie.
- Zobaczymy, jak potoczy się pojedynek. Odsuń się. – Morgul stanął naprzeciw króla Gondoru. Unieśli rękojeść do czoła w rycerskim pozdrowieniu.
- Istny teatr – mruknął Khamul do Adunaphel.
- Jesteś zły, bo mógłbyś teraz spędzać czas o wiele przyjemniej – zauważyła amazonka. – Nie przejmuj się, co się odwlecze to nie uciecze.
- Stul dziób. – Cień Wschodu obserwował bacznie swego kochanka. Chyba mógł go tak nazywać, mimo że Morgul miał za sen to co przeżyli,. Jeszcze nie widział pana twierdzy podczas walki i był szalenie ciekaw jego umiejętności bojowych. Wszystko jednak wskazywało na to, że broń biała nie kryła w sobie tajemnic dla Króla-Czarnoksiężnika. Pierwsze uderzenia zostały wymienione i przeciwnicy zaczęli się powoli okrążać. Uwadze easterlinga nie uszło, że Earnur skrzywił się nieco, gdy ostrza się krzyżowały. O tak, Morgul miał siłę i trzymał broń tak pewnie, jakby to było przedłużenie jego ramienia. Mina Khamula zrzedła. Kiedyś miał fantazje, by zrzucić Wodza z piedestału chwały i zająć jego miejsce przywódcy. Teraz widział, że nie miał na to żadnych szans. Król-Czarnoksiężnik był bojowym ideałem. Magię i fechtunek miał w jednym palcu. Nic dziwnego, że to właśnie jemu Sauron zawierzył pieczę nad swoim dominium.
Swoją drogą, Earnur też nie spędził młodości na leżeniu brzuchem do góry i obżeraniu się jadłem. Wyraźnie wyćwiczony w fechtunku, widać było w tym elficką szkołę, nie ustępował pola Morgulowi. Mimo wszystko była to nierówna walka. Po kilkunastu minutach uderzeń, uników i fint wątłe ciało śmiertelnika zaczynało po prostu słabnąć. W końcu, Król-Czarnoksiężnik, wyraźnie znudzony pojedynkiem krzyżował ostrze z klingą gondorczyka, po czym wykonał zręczny obrót z taką siłą, że wyrwany przeciwnikowi miecz wyleciał wysoko w górę wbijając się w szczelinę kamiennego sufitu. Earnur straciwszy równowagę runął na plecy uderzając głową w posadzkę. Następnym widokiem jaki ujrzał, gdy mógł znów wyraźnie widzieć, był czubek broni Morgula tuż przed swoją twarzą.
- Cóż, wyjaśniliśmy więc sobie, kto wygrałby, gdyby doszło do bitwy w Fornoście. – Morgul uśmiechnął się zimno. – Przegrałeś, królu Gondoru.
- Przegrałem – wysyczał Earnur posyłając nienawistne spojrzenie przeciwnikowi. – Ale to nie koniec! Kiedyś znów się spotkamy! Wezmę wtedy rewanż! A teraz, wraz z moimi ludźmi, odchodzę! – Podniósł się z godnością i pokłonił sztywno.
Król-Czarnoksiężnik odpowiedział mu skinięciem głowy.
Powoli władca ludzi i jego przyboczni opuścili salę. Wódz wzruszył ramionami i zerknął na broń tkwiącą w suficie. Miecz zawibrował uwalniając się ze szczeliny i lekko spływając prosto w dłoń Morgula.
Dwar przyjął ludzką postać. Miał urażoną minę.
- To przyprowadzam ci go i podają jak na tacy, a ty pozwalasz mu odejść? Posyłałem szpiegów do Minas Tirith! Misterne knowania i podszepty, byle wywabić tego nędznika z kryjówki, mają pójść na marne?!
Morgul spokojnie schował oba miecze, swój i Earnura do pochew, po czym odłożył je na mieszczący się pod ścianą stojak z bronią.
Dwar był wytrącony z równowagi. Rzadki widok. Zresztą mina Khamula, który zrzucił kaptur i stał z założonymi na piersi ramionami, też nie wróżył nic dobrego.
- Nie patrzcie się tak na mnie. Przecież dałem słowo. – Wódz rozłożył ręce w geście bezradności. – Chcielibyście bym traktował z taką lekkością obietnice, które dałem i wam?
- Ale... – zaczął Khamul, a jego tonu już można było wywróżyć zbliżającą się awanturę.
Nim jednak zdążył rozwinąć zdanie Morgul położył palec na jego ustach, uciszając go.
- Dałem słowo – powtórzył spokojnie. – I nie mam zamiaru go złamać. Widzę, że na cale szczęście nie wszystkie moje upiory zwalają całą robotę na mnie. – uśmiechnął się miło. – Czasem można obejść system. W końcu nie jesteście moimi bezwolnymi sługami, ale towarzyszami. I macie własne zdanie, prawda?
Cień Wschodu zmarszczył brwi i rozejrzał się po sali, pojmując nagle, o czym mówił Król-Czarnoksiężnik. Brakowało Ji Indura i Adunaphel.
Akhorahil spojrzał na Wodza z nagłym zrozumieniem.
- Właśnie tak – Morgul skinął, a jego uśmiech stał się mroczny. – Ja składałem przysięgę i nie mogę go tknąć. Moi drodzy towarzysze jednak, mogą zrobić co zechcą. I jestem pewny, że zrobią.
* * *
Earnur i jego towarzysze nie zdążyli nawet dojść do stajen, gdy z cienia wyłoniła jasnowłosa kobieta o błyszczących czerwonym światłem jamach w miejscu oczu. Zagrodziła im drogę i powoli wyciągnęła miecz.
- Niespodzianka – zawołała z upiornym, nieco szalonym śmiechem. Aura śmierci jaką uwolniła sprawiła, że śmiertelnicy wpadli w panikę. Cofnęli się panicznie z krzykiem, lecz za nim stał drugi z upiorów.
Jeden z żolnierzy rzucił się desperacko na nieco ze sztyletem w dłoni, ale strach odebrał mu resztki kontroli na sobą. Ji Indur nawet nie dobył broni. Nie wysilając się zbytnio, by uniknąć ciosu chwycił dłonią za twarz człowieka i uwolnił swą moc upiora. Z człowieka został suchy wiór w przeciągu kilkunastu sekund.
Adunaphel nie czekała, aż gondorczycy dojdą do siebie.
Uśmiechnęła się mrocznie do Earnura, który zdążył wyszeptać tylko jedno słowo.
- Zdrada.
komentarze [18]Rozdział 40 >> piątek, 8 sierpnia 2008 20:56:43
Morgul usiadł na fotel, bliżej ognia w kominku. Miał zamiar przejrzeć raporty Khamula, jednak patrząc na widniejące na pergaminie płynne, a jednak pełne zdecydowania litery, widział nie tekst, a piszącą smukłą dłoń swego zastępcy z piórem w palcach. Czuł się dziwnie. Powoli do niego docierało, że umówił się z Easterlingiem na coś, co zmieni ich życie. Właściwie już zmieniło. Król-Czarnoksiężnik niepokoił się. Wiedział, że jeśli Khamul zostanie jego kochankiem, nieświadomie zacznie go faworyzować. Reszcie może się to nie spodobać. Ostatnią rzeczą jaką potrzebował wódz Ulairi to bunt, lub rozłam w grupie.
Zastanowił się nad samym sobą. Sądził, że pozbył się ludzkich słabości. Że ma silną wolę i jest panem samego siebie. Co za ironia, że w ciągu kilku chwil przyziemna i całkowicie ludzka potrzeba ciała, rozbiła w drobny mak jego wyobrażenie o sobie samym.
Nad Mordorem zapadły już całkowite nocne ciemności
Poczuł dreszcz na plecach. To powiedziało mu, że nie jest już w komnacie sam. Zamknął oczy, gdy czyjeś dłonie wsunęły się w jego włosy i odchylił głowę w tył poddając się dotykowi.
- Nie czytałeś – zauważył Khamul zerkając na trzymane w przez swego pana dokumenty. – Ciągle jesteś na pierwszej stronie.
- Nie mogłem się skoncentrować – szepnął unosząc lekko powieki i spoglądając w płomienie kominka.
Teraz, gdy był tak świadomy realności easterlinga nie potrafił tak łatwo ulec swym pragnieniom, jak tamtej nocy. Czuł też jak dłonie młodzieńca drżały delikatnie, dotykając włosów władcy twierdzy.
- Przejdziemy do sypialni? – spytał niepewnie Cień Wschodu.
Morgul wstał i powoli przenieśli się do drugiego pomieszczenia. Oboje byli dziwnie skrępowani i milczący, ciągle niepewni, czy to co robią jest odpowiednie i czy wyjdzie im obu na korzyść.
Khamul usiadł na łożu i uśmiechnął się nieco nerwowo.
- Wczoraj w nocy było jakoś łatwiej. Może dlatego, że nic nie mówiłem. – Ściągnął buty powoli.
Morgul odwzajemnił uśmiech i nachylił się muskając jego wargi swoimi.
- Lubię twój głos. Możesz mówić. – szepnął mu w usta, popychając go łagodnie na plecy. Wyprostował się, by ściągnąć płaszcz i obuwie. Położył koronę na blacie komody i zerknął na easterlinga ciągle nie do końca zdecydowany.
- Po co my to właściwie robimy? – spytał siadając na brzegu łoża.
Cień Wschodu wzruszył ramionami podciągając się wyżej ku wezgłowiu posłania.
- Bo mamy ochotę. To nie wystarczający powód? Pragniesz mnie, przecież wiem. – przesunął znacząco wzrokiem z twarzy Króla-Czarnoksiężnika ku najbardziej interesującym partiom jego ciała.
Morgul się poddał i przysunął bliżej.
- Ale to nie znaczy, że będę cię bardziej faworyzował od reszty – zastrzegł.
- Już mnie faworyzujesz. - Khamul oparł się na łokciu i zmrużył oczy z zadowoleniem. – Reszta nie miała zaszczytu wylegiwać się w twoim łożu, prawda panie?
Król-Czarnoksiężnik wygiął usta w tłumionym uśmiechu i położył się obok.
- A co? Moje łóżko jest wygodniejsze od twojego? – spytał.
- Nie wiem, czy wygodniejsze. Więcej ostatnio leżałem na tobie, niż na nim – zażartował.
Morgul uśmiechnął się szerzej, ale nie odpowiedział. Napięcie z nich nieco zeszło i czuli się nieco swobodniej. Obserwowali się teraz uważnie w milczeniu, ale żadne nie mogło się zdecydować na pierwszy ruch.
- Długo będę musiał siedzieć w Barad-dur? – Easterling przerwał w końcu ciszę.
- Dopóki Wielkie Oko nie wyda innych rozkazów. – Król-Czarnoksiężnik wyciągnął dłoń i powoli zaczął rozsznurowywać koszulę podwładnego. Sycił wzrok każdym centymetrem odkrywanej skóry na torsie Khamula.
- Nie chcę tam wracać. Tam jest okropnie nudno – poskarżył się młodzieniec. –Kiedy zacznie się coś dziać? Kiedy ruszymy do boju? Chcę podbijać, grabić.. Czuć władzę!
- Wszystko w swoim czasie – zapewnił go Morgul ujmując jego dłoń i całując jej wnętrze.
Khamul uniósł brew obserwując jak wargi jego władcy wędrują delikatnie po skórze jego ręki i nagle zadrżał. Nawet nie przypuszczał, że to miejsce jest tak wrażliwe, jeśli je odpowiednio potraktować.
-Powiedz mi, kiedy po raz pierwszy pomyślałeś o mnie... w ten sposób.
Morgul zamyślił się. Wcześniej się nad tym nie zastanawiał. Po prostu w pewnym momencie instynktownie dał upust pragnieniom i pocałował easterlinga. Poszukał w pamięci momentu, w którym Khamul zaczął na niego oddziaływać.
- Od samego początku. Nie widziałem, cię wcześniej, zanim sam nie pofatygowałem się do Hithlumu, by przekonać cię do pierścienia. Gdy ujrzałem cię po raz pierwszy stałeś nagi w swej komnacie i przyglądałeś się mojemu darowi. – powiedział w końcu, nieco zaskoczony swoim odkryciem.
- Wiedziałem! – zawołał Khamul z satysfakcją. Ale zarumienił się ledwie zauważalnie na wspomnienie.
Morgul uśmiechnął się łobuzersko i pogładził odkryty tors podwładnego.
- Ale wtedy nawet przez myśl mi nie przeszło, że któregoś dnia będę cię miał w swym łożu... tylko dla siebie. – zbliżył usta do jego ust. Khamulowi zabiło serce. – Prawdę mówiąc, jeszcze nawet wczoraj, nie przyszłoby mi to nie do głowy. – musnął jego wargi zmysłowo.
Potęga i pewność siebie jaka biła od przywódcy Ulairi, sprawiła, że Cień Wschodu instynktownie przekręcił się całkiem na plecy, pozwalając, by silniejszy mężczyzna na wpół ułożył się na nim. Oczy Morgula płonęły, nawet białka zaczęły lśnić czerwoną poświatą, gdy Król-Czarnoksiężnik przyglądał się swemu zastępcy z wyraźnym podekscytowaniem. Przesunął otwartą dłonią po torsie i brzuchu easterlinga, aż ten spiął wszystkie mięśnie. Wtedy wódz pocałował podwładnego ośmielając się wsunąć zaczepnie język do jego ust i szybko go wycofać, nim Khamul zdążył odpowiedzieć. Powtórzył zabieg prawie natychmiast, owijając nogę Cienia Wschodu wokół swego pasa i wypychając lekko biodra w przód w poszukiwaniu większej bliskości. Leżący pod nim młodzieniec, aż wciągnął gwałtownie powietrze do płuc, czując budzące się ciało swego pana. Tylko materiał spodni dzielił ich od siebie.
- Może w końcu przejdziemy do konkretów i poplotkujemy później? – Morgul uniósł brew, z satysfakcją zauważając, że ciało Khamula odpowiada na jego zabiegi.
- Jestem za, mój władco. – szepnął obejmując jego kark i przyciągając jego twarz bliżej.
W tym momencie ktoś zapukał.
Oboje drgnęli spłoszeni i rozdrażnieni tym, że się im przeszkadza.
- Czego? – warknął wrogo Król-Czarnoksiężnik – Jestem zajęty.
- Domyślam się – odezwała się Adunaphel zza drzwi. – I serce mi krwawi, że musze przeszkodzić ci w pracy, mój panie, ale do Minas Morgul przybył gość.
- Jaki znowu gość?
- A taki jeden. Twierdzi, że jest królem Gondoru. – W głosie amazonki zabrzmiało rozbawienie. – I że zdecydował się odpowiedzieć na twe wyzwanie.
Morgul wymienił zaskoczone spojrzenie z Khamulem.
Earnur?
- Twoje prośby zostały wysłuchane, mój drogi Czarny Easterlingu. Coś się w końcu zaczęło dziać – uśmiechając się krzywo Król-Czarnoksiężnik wstał z łoża i poszukał butów.
Rozczarowany Khamul przeczesał włosy palcami.
- Następnym razem, gdy będę wypowiadał podobne życzenia w takich momentach, to możesz mnie zakneblować.
komentarze [10]Rozdział 39 >> poniedziałek, 4 sierpnia 2008 17:07:15
Akhorahil oparł się o balustradę tarasu i złożył na ramionach głowę, zaciskając mocno powieki. Nie pomagało. Te okropne łzy ciągle płynęły. Zagryzł wargi do krwi.
Tak właściwie co on sobie wyobrażał? Że Morgul w końcu zwróci na niego uwagę? Jakże był głupi i naiwny.
Ucieszył się jak dziecko, które dostało ulubioną zabawkę, kiedy Khamul i Ren otrzymali rozkaz przejścia na jakiś czas do Barad-dur. Od tamtego momentu Król-Czarnoksiężnik poświęcał mu sporo czasu i zainteresowania. Niby nic wielkiego, ale to wystarczyło, by zaczął mieć nadzieję.
A ta rozwiała się za jednym spojrzeniem przez próg drzwi.
- Akh?
Poderwał gwałtownie głowę na dźwięk tego głosu.
Ji Indur stał obok z dziwnym wyrazem twarzy.
- Stało się coś? – spytał i uniósł dłoń dotykając policzka czarodzieja. – Łzy? Płaczesz? – zmarszczył brwi.
Akhorahil zarzucił mu nagle ramiona na szyję i wpił mocno ustami w jego usta. Przegryzione wcześniej z gniewu wargi smakowały krwią. Haradrim instynktownie odpowiedział na pocałunek, lecz po chwili odsunął młodzieńca z miną jakby zobaczył ducha.
- Akh, dobrze się czujesz? – spytał bardzo niepewnie.
- Co się dzieje? Nawet ty mnie już nie chcesz? – zaatakował histerycznie czarodziej, uderzając bezsilnie pięścią w jego tors. – Przecież ciągle mnie obmacywałeś i robiłeś aluzje! Proszę! Możesz zrobić ze mną co chcesz! Już nic mnie nie obchodzi! – Rozerwał sobie tunikę, gwałtownym ruchem.
- Uspokój się. – Ji Indur chwycił go za ramiona i potrząsnął. – Co się z tobą dzieje? Przerażasz mnie.
- Nie uspokoję się! Nie mam ochoty! Mam dość tego wszystkiego! Pierścień odebrał mi wszystko! Luksusy, kobiety! W zamian odzyskałem tylko wzrok! I żałuję, że go odzyskałem! – zawył przeszywająco.
Tak. Gdyby był ciągle ślepy, nie zobaczyłby dziś tego. Porzucił wszystko co miał, przyjmując pierścień. Nie przejął się wtedy. Jego nauczycielem przecież był Morgul. To dla niego dalej zgłębiał tajniki magii. Dla niego chciał podbijać świat. Teraz już się nic nie liczyło. Po co miał dalej trwać, w tej męce?
Chwycił za pierścień i spróbował go zdjąć. Błysnęły pioruny. Przeraźliwy ból wstrząsnął jego ciałem. Usłyszał jeszcze swój własny wizg, zanim stracił przytomność.
* * *
Khamul uśmiechnął się do Adunaphel, gdy spotkali się na korytarzu. To nie mógł być przypadek. Na pewno na niego czekała.
- Trafiony, zatopiony, co? – skomentowała szczerząc radośnie zęby. – Wiedziałam.
- Nie interesuj się tyle. – wyminął ją niby obojętnie.
- I tak nie mam nic ciekawszego do roboty. Ciągle tylko treningi, raporty, patrole. Ciągle to samo – wyliczyła na palcach ruszając za nim. – Opowiedz! Jak było?
- Nie podsłuchiwałaś? To trzeba zapisać wielkimi literami w kalendarzu.
- Nie zdążyłam – nadąsała się zakładając ramiona na piersi. – Przyleciał do mnie jeden z moich orczych podwładnych. W koszarach wybuchła bójka goblinów. Nadużyli spirytusu. Zanim ich uspokoiłam...
- Znaczy zostawiłaś z nich płonące pochodnie. – poprawił Khamul wyglądając przez okno, gdzie żołnierze właśnie wynosili zwęglone ciała pobratymców i układali w stertę.
- Nazywaj to jak chcesz, w każdym razie zajęło mi to dłuższą chwilę. A kiedy w końcu zaczęłam się podkradać do komnaty Morgula, przepłoszył mnie Akh. Chyba was widział. – podrapała się w skroń z zakłopotaniem.
- Widział? No pięknie. Jeszcze tego mi brakowało, by wszyscy Ulairi się dowiedzieli.
- Myślisz, że długo byście utrzymali to w tajemnicy? – zadrwiła.
- Podejrzewam, że nie – westchnął z irytacją. – Jak zareagował Akhorahil?
- Nie wchodź mu w drogę w najbliższym czasie – poradziła mu szczerze. – Jest od ciebie słabszy pod względem bojowym, ale kiedy zobaczyłam jego minę... Uważaj na siebie, Khamul.
* * *
Akhorahil obudził się z niesamowitym bólem głowy. Poruszył się ostrożnie. To był błąd. Całe jego ciało przeszedł spazm cierpienia. Znieruchomiał więc, czekając aż minie. W obecnej chwili w jego pamięci ziała pustka.
Otworzył powieki i stwierdził, że leży w pościeli na łożu. Powiódł wokół badawczym wzrokiem. To nie była jego komnata. Gdzie, na Valarów, był?
Wspomnienia powoli powracały. Morgul i Khamul. Spotkanie z Ji Indurem na tarasie. Atak pierścienia.
Zachciało mu się po prostu skowyczeć.
- Obudziłeś się? – Indur siedział na krześle koło łoża i przyglądał mu się... z zatroskaniem?
- Co ja tu robię? – szepnął słabo.
- Pierścień nieźle cię popieścił błyskawicami. Jesteś trochę poparzony, ale wyliżesz się. Padłeś mi tam zemdlony, jak kłoda. Zaniósłbym cię do twojej komnaty, ale w porę sobie przypomniałem, że nałożyłeś na nią ochronne zaklęcia. Przede mną, jak podejrzewam. Nie miałem wyboru, zaniosłem cię do siebie. Nawet cię nie tknąłem – podniósł ręce w obronnym geście.
- Och. – To było wszystko co wydusił z siebie Akh. Przesunął spojrzenie na sufit.
- Powiedz mi co się stało?
- Dlaczego miałbym to robić? – spytał drętwo. – To nie twoja sprawa – milczał przez chwilę. – Jak wyglądam? Mocno mnie poparzyło?
- Trochę. Ale ślady już schodzą. Za kilka godzin znów będziesz prześliczny. – uśmiechnął się przekornie. – I znów będę mógł się ślinić na twój widok. – zrobił instynktowny unik przed ciosem, ale Akh nawet się nie poruszył. Tylko zerknął na niego z ukosa.
- Przecież mną wzgardziłeś – szepnął z goryczą. – Mogłeś mnie mieć, choćby tam na tym tarasie. Dlaczego nie skorzystałeś z okazji?
- Przeraziłeś mnie – Ji Indur nadal na niego patrzył z niepokojem. – Prawie spanikowałem. Niecodziennie wpadasz mi w ramiona i się przede mną rozbierasz. Ale jak tylko wydobrzejesz możemy to wszystko naprawić. – wyszczerzył się w uśmiechu.
Akh patrzył na niego, jakby ujrzał go po raz pierwszy. Nagle uniósł się na łokciu. Indur zasłonił się ramieniem, pewien że dostanie pięścią w szczękę. Czarodziej jednak odsunął jego rękę i delikatnie pocałował go w usta. Potem na powrót położył się z bolesnym westchnieniem i zamknął oczy zamierzając się nieco przespać, by szybciej zregenerować obrażenia.
Rudowłosy haradrim zamrugał.
Nigdy wcześniej nie czuł się równie ogłupiały, jak w tym momencie.
komentarze [9]Rozdział 38 >> niedziela, 3 sierpnia 2008 21:24:52
Morgul w pierwszym momencie zesztywniał, nie wiedząc do się dzieje. Otworzył gwałtownie oczy.
Khamul objął dłonią tył jego głowy, nie pozwalając mu uciec. Pogłębił pocałunek. Chciał więcej. Głębiej. Jak poprzedniej nocy. Mimo wszystko Król-Czarnoksiężnik wyrwał mu się z ramion i odskoczył spłoszony z krzesła, aż na drugą stronę biurka.
Easterling uśmiechnął się na ten widok, wyraźnie rozbawiony. Przypatrywali się sobie w milczeniu długą chwilę.
- To znowu jakiś cholerny sen? – spytał Morgul wrogo.
Cień Wschodu obszedł biurko powoli i, mrużąc zalotnie oczy, stanął przed władca twierdzy. Położył dłoń na jego torsie i przesunął ją na jego serce. Poczuł jak mocno bije. Zadziwiające. Z biologicznego punktu widzenia Król-Czarnoksiężnik był martwy. Pierścień podtrzymywał jednak wedle woli noszącego, stabilność materialnego ciała i jego funkcje. Bicie serca, wrażliwość skóry na dotyk. Gdzie zacierała się granica? Czy byli jeszcze ludźmi, czy już demonami?
Zbliżył się jeszcze bardziej i uniósł twarz w górę do ust Morgula. Nie pocałował go jednak.
- Nie śnisz. – szepnął ledwie dosłyszalnie. Pogładził jego policzek. – Ani też nie śniłeś wczoraj. – uśmiechnął się psotnie.
Król-Czarnoksiężnik otworzył oczy jeszcze szerzej, czując się jakby Khamul przyłożył mu w tej chwili krasnoludzkim młotem bojowym prosto w głowę. Chwiejnym ruchem usiadł na kanapie pod ścianą, próbując sobie to poukładać w głowie. Po kilku sekundach dotarło do niego w pełni, to co powiedział przed chwilą jego zastępca. Szok i zakłopotanie w jednym momencie zostało zastąpione wstydem i wściekłością.
- Ty podstępny, wredny... – oczy Morgula zalśniły czerwonym światłem pochłaniając białka.
Easterling poczuł jak nagły strach paraliżuje mu całe ciało. Miał ochotę wzorem psa podwinąć ogon pod siebie i uciec. Tylko dzięki silnej woli nie zrobił tego.
- Myślałeś, że pozwolę ci się bezkarnie mną bawić? – warknął nie pozwalając swemu władcy na potok przekleństw pod jego adresem. – Nikt nigdy nie miał nade mną władzy, no może pomijając Wielkie Oko. Nie mam zamiaru pozwalać ci mnie obracać wedle swej woli. Zamiast tego, to ja się nieco rozerwałem twoim kosztem. – odważył się zbliżyć o krok. – To ja miałem kontrolę. Odniosłem wrażenie, że całkiem ci się podobało. – spojrzał na niego z góry. – Zresztą nie masz co narzekać. Mimo, że może masz teraz urażoną dumę, to mnie boli tyłek przy siadaniu. – uśmiechnął się kątem ust.
To ostatnie stwierdzenie wybiło Morgula z napadu szału. Zamrugał analizując sytuację od początku. Czerwień jego oczu zwęziła się z powrotem do tęczówek.
Znów zamilkli, nie bardzo wiedząc jak zareagować. Czy wybaczyć sobie nawzajem, czy może lepszym rozwiązaniem będzie atak?
Khamul odwrócił spojrzenie gdzieś w bok czując, że od tego co się wydarzy najprawdopodobniej zalezą jego relacje z Morgulem na całe wieki.
- I mnie też się podobało – dodał cicho i z wyraźnym trudem, jakby było to przyznanie się do niewyobrażalnej słabości.
Król-Czarnoksiężnik też unikał spojrzenia na podwładnego.
- I co teraz? – spytał po długiej chwili. – Co mam z tobą zrobić? Poniżyłeś mnie, bezczelny, suczysynie. To było nieczyste zagranie, Khamul. – uniósł w końcu na niego groźny wzrok.
Easterling przestąpił z nogi na nogę, jak uczniak, który dostaje reprymendę. Oczami wyobraźni widział swą przyszłość w najczarniejszych barwach. Czy Morgul odbierze mu Pierścień?
Nagle władca twierdzy pochylił się w przód i pociągnął młodzieńca do siebie. Zaskoczony Cień Wschodu zachwiał się i wpadł mu prosto w ramiona. Zarumieniony i nieco zły, uniósł głowę z cichym, gniewnym wizgiem. Oparł ramiona o tors swego pana, by wstać. Król-Czarnoksiężnik przytrzymał go jednak mocno i zmusił do spojrzenia sobie w oczy. Uśmiechał się nieco wrednie.
- Jednak jak już słusznie zauważyłeś, to ciebie boli teraz tyłek, a mnie się podobało. Od siebie dodam, że nawet bardzo mi się podobało. I co teraz z tym zrobimy, mój ty koszmarze senny?
Khamul pocałował go ogniście, na siłę wpychając mu język do ust i ponaglając do równie ognistej odpowiedzi. Morgul wsunął palce jednej ręki w czarne, gęste włosy podwładnego, drugą obejmując jego plecy i przyciskając mocno do siebie. Walczyli o dominację.
Żaden nie miał zamiaru ustąpić.
***
Akhorahil szedł korytarzem w kierunku komnaty Króla-Czarnoksiężnika, przeglądając uważnie trzymany w palcach zwój. Musiał być w nim jakiś błąd. Czarodziej wykorzystał już chyba wszystkie kombinacje tonacji i akcentu, próbując go rzucić. Musiał poradzić się swego nauczyciela.
Przystanął nagle zaskoczony zauważywszy, że drzwi do gabinetu Morgula są lekko uchylone. Marszcząc brwi podszedł cicho do nich i wtedy usłyszał zduszony pomruk przyjemności. Pełen złych przeczuć odważył się ostrożnie zerknąć do środka.
Szybko cofnął głowę z bijącym jak młot sercem.
To nie mogła być prawda? Przecież oni się nienawidzili! A wtedy, jakiś czas temu, Król-Czarnoksiężnik powiedział wyraźnie, że nie pocałuje Khamula. Obiecał! Przecież obiecał!
Nim się zorientował co robi, Akhorahil szedł szybko na oślep korytarzem, a po jego policzkach spływały, wbrew jego woli, łzy rozczarowania i wściekłości.
Drogocenny zwój z czarem został gniewnie rozdarty na kawałki.
***
- Rozumiem, że to oznacza, że chcesz kontynuować torturowanie mnie. – Morgul z trudem oderwał usta od easterlinga i próbował uspokoić oddech.
Khamul rozciągnął usta w uśmiechu, który mówił wszystko. Przesunął koniuszkiem nosa po policzku swego pana i polizał płatek jego ucha. Jednocześnie jego palce zabierały się do rozpięcia płaszcza i koszuli władcy twierdzy.
- Nie. – Król-Czarnoksiężnik odsunął łagodnie jego dłonie. – Nie możemy teraz. W każdej chwili, ktoś może tu przyjść. Akhorahil często przychodzi z pytaniami, dotyczącymi czarów. Zaczekamy do wieczora. – ucałował koniuszki jego palców.
- Muszę wyjeżdżać – przypomniał mu Khamul.
- Dziś jeszcze zostaniesz w Minas Morgul. Mamy sporo spraw do wyjaśnienia –zadecydował władczo wódz. – Chyba nie sprzeciwisz się znów rozkazowi swego pana? – uniósł brew znacząco.
- Nie sprzeciwię. – znów go pocałował, choć tym razem o wiele delikatniej i krócej. – Przyjdę więc wieczorem. Wtedy... porozmawiamy.
- Idź stąd już, bo stracę resztki kontroli nad sobą. – Król-Czarnoksiężnik wstał poprawiając włosy i próbując odzyskać godność przerażającego wodza hord ciemności.
Khamul bez słowa zwinął się z kanapy i wyszedł nie oglądając się za siebie. Na usta cisnął mu się pełen zadowolenia uśmieszek.
komentarze [5]Rozdział 37 >> sobota, 2 sierpnia 2008 19:07:59
- Gotowe. – Khamul odsunął ze wstrętem od siebie stertę papierów. – Tylko ja cię błagam, Adunaphel. Nie dotykaj już tego.
Amazonka wyciągnęła się w fotelu, kładąc ciężkie wojskowe buty na stół.
- Nie cierpię tej całej biurokracji. Odbiera wojnie cały smaczek. Liczby mnie przytłaczają.
- Przyznam szczerze, że mnie też. Gdy byłem jeszcze w Hithlumie, to moi doradcy się zajmowali tym draństwem.
- Co teraz? Zaniesiesz mu te papierzyska i wyjeżdżasz? – spoglądała na niego z ukosa.
- Na to wygląda. Im szybciej, tym lepiej. – wzruszył ramionami.
- Więc ja mu to zaniosę – zaoferowała uśmiechając się niewinnie. Gdyby nie czerwone oczy upiora i to, że praktycznie obładowana była bronią, można by było powiedzieć, że to słodziutkie dziewczę. – Możesz iść siodłać konia.
Taki uśmiech u towarzyszki sprawiał, że Khamulawi ciarki przechodziły po plecach.
- Wolę mu to dać osobiście. Ty znów coś pomieszasz.
- Rozumiem. – Adunaphel nadal się uśmiechała. Tym razem szeroko i wilczo.
Suka wiedziała o wszystkim.
- Proszę cię tylko.. nie znęcaj się nad nim za mocno.
Khamul westchnął czując, że został przejrzany na wylot.
- Czy ja mam wszystko wypisane na czole? Czy wszyscy już wiedzą?
Zabrała nogi ze stołu i pochyliła się do przodu, kładąc dłoń na dłoni Cienia Wschodu, jakby była jego najlepszą przyjaciółką.
- Zapewniam cię, że tylko dusza kobiety jest na tyle wrażliwa, by domyślić się co was łączy.
- Raczej wścibskość. Tak myślałem, że ten szelest na korytarzu za mną, gdy szedłem do Morgula, to nie był szczur. – Khamul wstał i żartobliwie potargał amazonce jej jasne włosy. – To była szczurzyca.
- Byłam cichutko. I nie podsłuchiwałam długo. – spuściła głowę jak skarcone dziecko. – Zresztą prawie nic nie było słychać.
- Nieważne. – Khamul machnął ręką lekceważąco. – A tak w ogóle to mnie i jego nic nie łączy. Oprócz.... tamtego wydarzenia. A tamto było tylko odegraniem się z mojej strony. Teraz on jest psychicznie rozdygotany przez pewien miły sen, a ja triumfuję. I to jest koniec tej opowiastki. Sprawa zakończona.
- A ja jestem szczęśliwą mężatką z gromadką rozwrzeszczanych bachorów. – parsknęła śmiechem.
- W takim razie dobrze się z tym kryłaś. – Easterling udał zdziwienie.
Wstała i wręczyła mu w garść gruby plik raportów.
- W takim razie idź i po prostu daj mu to. Życzę powodzenia... – nachyliła się konspiracyjnie ku niemu. – W trzymaniu rąk przy sobie. - Odwróciła się i odeszła chichocząc.
- Znajdź sobie faceta! – krzyknął za nią Khamul.
Spojrzała na niego przez ramię.
- Prędzej dam się poćwiartować.
* * *
Easterling zatrzymał się przed drzwiami do gabinetu Króla-Czarnoksiężnika i powoli policzył do dziesięciu, by się uspokoić i zebrać w garść. W końcu nacisnął klamkę i wszedł energicznie do środka.
- Skończyłem. – udał, że przegląda jeszcze pobieżnie raporty. Byle nie spojrzeć na Morgula. – Zaraz wyjeżdżam.
Władca twierdzy uniósł na niego wzrok znad opasłej księgi.
- To dobrze. – mruknął.
Coś w jego głosie sprawiło, że Khamul jednak na niego zerknął. Król-Czarnoksiężnik, był tak zrezygnowany. Wyglądał jakby dźwigał ogromny ciężar. Cień Wschodu bez słowa położył przed nim stos.
- Trochę tego jest. Przejrzyj to w sobie w wolnej chwili.
Morgul zacisnął powieki boleśnie i zaczął masować sobie skronie. Skinął.
- W porządku. Możesz odejść. – to był bezsilny szept.
Khamul nie zrobił tego. Nie potrafił. Jego żelazna wola rozpadła się na kawałki.
Easterling zaklął w myślach i poddał się.
Pochylił się i jego usta spoczęły czule na wargach Morgula..
Niech przeklęta będzie Adunaphel i jej kobieca intuicja.
komentarze [16]Rozdział 36 >> poniedziałek, 28 lipica 2008 20:15:57
Akhorahil zakrył uszy dłońmi, ale szczęk uderzającej o siebie ostrzy nadal docierał do jego mózgu. W końcu z irytacją zamknął księgę i odepchnął ją od siebie.
- Kiedy wreszcie skończą? – krzyknął podrywając się od stołu.
Początkowo nawet się ucieszył tym, że Khamul i Ji Indur zdecydowali się na mały towarzyski pojedynek. Dzięki temu nie musiał ciągle czuć na karku tego irytującego spojrzenia Haradrima. Ostatnio zaczęło mu się kojarzyć ze wzrokiem zbitego psa, któremu na dodatek zabrania się ruszenia pełnej jedzenia miski. Porównanie swojej osoby, nawet we własnych myślach, do psiego żarcia, jeszcze bardziej popsuło czarodziejowi humor. Jakieś trzy godziny wcześniej zostawił rudowłosego władcę nomadów w towarzystwie Cienia Wschodu i kibicującej im amazonki, po czym przeszedł do swojej komnaty, by w chwili spokoju postudiować. Jednak uporczywe odgłosy walki przenikały aż do jego kwater, co więcej, były wzmocnione przez wrażliwy słuch upiora. O ile pierwszą godzinę dało się jakoś znieść, druga była już irytująca. Podczas trzeciej Akhorahil był gotów pogryźć ze złości krzesło, na którym siedział.
Z rozwianym płaszczem wypadł na blanki i przechylił się przez mur szukając wojowników. Byli na jednym z przestronnych balkonów poniżej, pogrążeni w pojedynku jak w hipnozie. Ciężkie burzowe chmury zebrane nad Minas Morgul nie przepuszczały ani promyczka słońca, jednak Khamul miał naciągnięty na głowę kaptur. Akh odczuł z tego powodu przyjemną wyższość nad easterlingiem. On sam nie musiał do tego stopnia obawiać się światła dnia. Ji Indur wirował w walecznym tańcu z rozpuszczonymi, nieco już potarganymi, czerwonymi jak ogień, włosami. Na ozdobionej wojennymi tatuażami przystojnej twarzy widać było szeroki uśmiech. Poruszał się z gracją kota. Czarodziej poczuł się nieco niepewnie. Wiedział, że Ji Indur jest od niego silniejszy i bardziej zwinny. A on sam był jak mysz, która prędzej, czy później, zginie w pazurach tego wspaniałego rudego kocura.
Nie tylko Akh przyglądał się walczącym.
Morgul również patrzył na nich z okna swej pracowni. Wyglądał strasznie. Podkrążone oczy w połączeniu z krwistoczerwonymi pozbawionymi źrenic tęczówkami wyglądały upiornie. Obejmował się ramionami, jakby czuł chłód. Wpijał długie paznokcie w rękawy czarnej koszuli. Wspomnienia snu ciągle atakowały jego umysł. Nie potrafił w ogóle myśleć teraz o niczym innym. Obrazy i uczucia tego co się stało, zdawały się być jakby za mgłą, co również wprawiało Króla-Czarnoksiężnika w irytację. To pobudzało jego wyobraźnię, i gdy przyglądał się teraz pojedynkowi, z chorym zainteresowaniem śledził każde poruszenie Khamula. W pożądliwych myślach tworzył wizje tego, co kryło się pod czarnym ubraniem. Wspaniałe, nagie, gibkie ciało.
To stawało się być obsesją. Musiał się z tego szybko wyleczyć.
- Wyjedź stąd szybko, mój piękny easterlingu – szepnął cicho. – Wyjedź, póki mam jeszcze nad sobą resztki kontroli.
Tymczasem walczący odskoczyli od siebie gwałtownie, gdy nad ich głowami śmignęła błyskawica, trafiając powiewający na wietrze proporzec. Buchnął ogniem jak pochodnia.
- A niech mnie. – Ji Indur aż przeczesał palcami włosy. – Akhorahil nauczył się w końcu celować.
- Mylisz się. – Czarodziej uśmiechnął się jadowicie, układając dłonie do następnego zaklęcia. – Spudłowałem. Czy mogę was prosić o łaskawe zakończenie tej zabawy? Nie zmęczyliście się jeszcze? Hałasujecie jak stado orków na przyjęciu.
Adunaphel machnięciem ręki ugasiła płomień.
- Ciągle się zmieniamy w walce. Ta sama dwójka nie walczy cały czas – zauważyła. – To świetny sposób na zabicie czasu. Dołącz się.
- Nie, dziękuję. Już wystarczająco mnie nauczyłaś. Przez ciebie miałem koszmary przez miesiąc – skrzywił się Akh.
- Nie moja wina, że ciągle ze mną przegrywałeś– amazonka zaczęła przyglądać się niedbale swoim paznokciom. – I że moje metody motywacji coś na ciebie słabo działały.
- Aż tak źle całuję? – zmartwił się Ji Indur. – Przecież nawet nie zdążyłem zrobić tego porządnie. Za szybko uciekałeś.
- Po prostu proszę was o ciszę. – Akhorahil zignorował te krępujące żarty, choć czuł że zaczynają go palić policzki. – Dajcie mi w spokoju studiować.
Nagle Ji Indur wskoczył na ścianę i idąc po niej na czworakach, jak mucha, wspiął się na taras, na którym stał czarodziej.
- Jeśli chcesz możesz przestudiować moje ciało. Mogę być bardzo interesującym przedmiotem badania – wyszczerzył się w uśmiechu.
Akh jednak go nie słuchał.
- Jak to działa? – spytał z nagłym zainteresowaniem. – Już robiłeś to przy mnie kiedyś, tego dnia gdy się poznaliśmy.
- Ale o co ci chodzi? – Haradrim zamrugał zdezorientowany.
- Nie wypowiedziałeś żadnego zaklęcia, a mimo to potrafisz chodzić po ścianach.
- A, to – wskoczył na taras i przyjrzał się swym dłoniom, jakby na opuszkach palców miał klej. – W moim plemieniu nikt nie zajmował się magia na poważnie. No może poza Wielkim Szamanem. A że w bitwie liczy się prędkość działania, wypracował kilka bardzo prostych zaklęć, które można rzucać bez słów i gestów. Spontanicznie.
- Naucz mnie! – Akhowi aż zaświeciły się oczy.
Odpowiedział mu wilczy uśmiech Indura.
- Tak za darmo? A jak mi zapłacisz? Przyjmuję w naturze. – zamruczał.
Akh fuknął na niego jak rozdrażniony kocur, po czym odwrócił się i odszedł.
- I weź z nim negocjuj. – Haradrim westchnął demonstracyjnie.
- Dobrze ci szło – zachichotał Khamul chowając miecz do pochwy. – Zaczął się łamać, mówię ci. Troszeczkę, co prawda, ale zaczął.
- Mężczyźni – Adunaphel pokręciła głową. – Jesteście tak prostymi organizmami.
komentarze [3]Rozdział 35 >> poniedziałek, 21 lipica 2008 21:08:17
- A ten co? Chory? Nie zareagował na twoją pyskówkę? – zdziwiła się Adunaphel. – Aż się zaczęłam martwić. Zrobiłeś mu coś?
Khamul zagryzł wargę w zamyśleniu. Jego też zaskoczyła reakcja Morgula, ale nie aż tak bardzo jak amazonkę. Uśmiechnął się do siebie ucieszony tym zwycięstwem.
- Ty się tak nie ciesz. Wrócisz sobie do Barad-dur to nasz drogi szef odbije sobie na nas swój zły humor – zauważyła.
Easterling nagle wstał.
- Idę się przejść po blankach. Zmęczyła mnie twoja gadanina.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- Skończę to porządkować – chwyciła za dokumenty.
- Nie dotykaj! – Khamul pacnął ją po rękach. – Nie mam zamiaru spędzić tu wieczności ciągle układając te papiery. Ciągle mi w nich mieszasz – ofuknął ją.
- Coś ty taki nerwowy? Ciesz się, że nie bawię się przy tym ogniem – mruknęła z bezczelnym uśmiechem i poruszyła palcami. Nad każdym z opuszków zatańczyły płomyki.
- Spróbujesz, a przysięgam, że powyrywam ci te twoje jasne kudły – obiecał Khamul tonem sugerującym, że sprawiłoby mu to sporą uciechę. Odwrócił się i opuścił komnatę.
* * *
Wciągnął do płuc poranne powietrze. Przyjemnie go orzeźwiło. Stał oparty o mury ciesząc się ich chłodem. Uśmiechał się do siebie, choć był zdenerwowany. Czuł jak całe jego ciało pokrywa się gęsią skórką i włosy jeżą mu się na karku pod kapturem, choć tylko przelotnie pomyślał o tym, co się stało. Wrócił wspomnieniami do momentu zaledwie kilka godzin wcześniej. Wiedział na razie jedno: jego zemsta dokonała się.
* **
„Easterling otworzył oczy starając się oddychać spokojnie i równomiernie. Trudna sztuka, kiedy ma się wrażenie, że serce wyskoczy zaraz przez usta. Uniósł się na łokciu przerzucając długie, kruczoczarne włosy na swą pierś. Odgarnął wolną ręką za ucho niesforny, ciągle wpadający mu w oczy, kosmyk i zaczął się w skupieniu przyglądać chłodnym rysom twarzy, uśpionego przy jego boku, mężczyzny.
Ciągle nie mógł uwierzyć, że starczyło mu odwagi, by wprowadzić ten szalony plan w życie. Te dwa przypadki, kiedy Morgul go pocałował, na długo wytrąciły go z równowagi. Bał się, że Król-Czarnoksiężnik drwi sobie z niego lub chce go poniżyć, a w najlepszym razie potraktować jak dziwkę. Dlatego musiał, po prostu musiał wybadać, czego wódz od niego chce. Pomysł, by wprowadzić władcę wieży w błąd pojawił się w jego głowie spontanicznie podczas pobytu w Barad-dur. Chciał stworzyć mu iluzję snu. To było bardzo ryzykowne. Właściwie Khamul był pewien, że Morgul go przejrzy w trymiga. Kiedy stanął poprzedniego wieczoru przed Królem-Czarnoksiężnikiem i zsunął z siebie płaszcz, modlił się do wszystkich Valarów, by jego pan nie zauważył jego trzęsących się jak galareta nóg.
Mile się zdziwił widząc zaskoczenie, żeby nie powiedzieć wstrząs, na twarzy wodza. Aż takie wrażenie zrobił? A kiedy Morgul dotknął ustami jego brzucha, musiał zagryźć wargi zębami, by nie krzyknąć. W końcu miał grać zjawę.
Te silne dłonie głaszczące jego ciało, z czułością i wahaniem... To wszystko sprawiło, że pod Cieniem Wschodu omal nie ugięły się kolana. Król-Czarnoksięznik nie wiedział, że easterling jest prawdziwy, więc na dobrą sprawę mógł się różnie zachować. Mógł go wziąć tam na miejscu, potraktować jak szmatę, skatować... Pofolgować spaczonym pragnieniom. Wszystkiego Khamul się spodziewał, ale nie wahania i... takiej delikatności. Idąc do Morgula tego wieczoru chciał tylko wybadać i może nieco podręczyć swego wodza, a potem zostawić go, rozpalonego, z niczym. Taki był plan i naprawdę zamierzał się go trzymać, przy każdej ze spodziewanych reakcji władcy. Problem polegał na tym, że tej, która miała miejsca, w ogóle nie przewidział. Co mu strzeliło do głowy, by ściągnąć go do sypialni... i zrobić z nim TO?
Easterling poruszył się niespokojnie czując ciągle tępy ból we wrażliwych rejonach. Właściwie całe jego ciało „pamiętało” każde muśnięcie ust i języka kochanka. Jakie katusze przeżywał z trudem powstrzymując się od jęku, czy głośniejszego westchnienia. I tak kilka razy nie dał rady przemilczeć zabiegów Morgula. Musiał szybko interweniować, powstrzymując Krola-Czarnoksiężnika przed dotarciem zwinnym językiem do zbyt wrażliwych stref. Tego nie mógłby przetrwać bez donośnego zmysłowego krzyku.
Khamul uśmiechnął się do siebie, nachylając się nad uśpionym kochankiem. Ostrożnie musnął wargami jego czoło, skronie, powiekę, policzek, by zakończyć na wargach.
Morgul poruszył się niespokojnie przez sen, ale nie przebudził się. Musiał być bardzo zmęczony. Cienie pod oczami wskazywały na to, że ostatnimi czasy wódz naprawdę ciężko pracował.
Cień Wschodu odgarnął opuszkami palców z czoła swego pana, czarne, nieco wilgotne kosmyki włosów. Bez korony, taki osłabiony, wyglądał tak bezbronnie. Kto by pomyślał, że jest jedną z najpotężniejszych istot Śródziemia.
Easterling otrząsnął się ze słodkiego lenistwa. Czas się stąd wynieść. W końcu miał pozostać tylko senną marą. Podniósł się cicho i ocenił spojrzeniem sytuację. Nie wyglądało to za dobrze. Po obudzeniu Morgul od razu domyśli się prawdy. Na szczęście na stoliku w głównym gabinecie stała misa z wodą, zapewne do umycia pobrudzonych atramentem dłoni. Obok leżały czyste szmatki do wytarcia rąk. Khamul zmoczył jedną i wrócił do sypialni. Ostrożnie i powoli zmył z kochanka dowody ich niedawnej namiętności. Widok własnej krwi, nieco go zmroził. Po sprzątnięciu bałaganu rzucił szmatkę w ogień tlący się w kominku. Okrył Króla-Czarnoksieżnika futrem troskliwie, aż po sam czubek nosa i podniósł jakąś księgę leżącą przy stoliku koło łoża. Nie rozumiał jej treści, ale Morgul pewnie ją czasem czytywał przed snem. Doskonale. Otworzył wolumin w miejscu, gdzie był założony zakładką i położył go na piersi wodza.
To powinno wystarczyć.
Khamul podniósł z podłogi swój płaszcz i otulił się nim. Po drodze wrzucił jeszcze do kominka pergamin z zaklęciem, nad którym jego pan pracował, zanim Cień Wschodu mu przeszkodził. Wielki kleks na stronnicy również mógł przywołać wspomnienia i za wiele zdradzić.
Omiótł oba pomieszczenia ostatecznym oceniającym spojrzeniem, sprawdzając czy wszystko w porządku. Wrócił na moment do sypialni, przynosząc jeszcze koronę, którą położył na stoliku nocnym. Nie mógł się powstrzymać. Nachylił się i ponownie skradł Morgulowi słodki pocałunek. Potem, cichszy od śmierci, opuścił jego kwatery.”
Wszystko poszło lepiej, niż się spodziewał, pomijając nieplanowaną, ale bardzo przyjemną chwilę słabości, wiec easterling był zadowolony. Zwłaszcza widząc poranne zagubienie swego pana. Ile silnej woli musiał mieć, by zachowywać się wobec niego jak zwykle bezczelnie i szorstko. Niech ma karę za tamte pocałunki bez pytania. Miał ochotę jeszcze poznęcać się nad wodzem przez jakiś czas. Zresztą reszta nie mogła się niczego domyśleć. Chociaż Adunaphel, mimo że nie powiedziała ani słowa miała taki błysk w oczach jakby domyślała się, co się wydarzyło. Przeklęte kobiety. Czy musiały być zawsze tak wścibskie?
Khamul zarumienił się delikatnie. Przeżył swój pierwszy raz z mężczyzną. Zawsze dominował w łóżku z dziwkami. Były jak przedmioty, zabawki przynoszące odrobinę przyjemności. Jakże dziwne było zbliżyć się tak z kimś, kogo trzeba było traktować na równi z sobą. I do tego ten ktoś należał do tej samej płci.
- Co ty taki rozmarzony? – spytał Indur podchodząc do niego znienacka.
- Właśnie zastanawiałem się nad tym, jak piękny był świat bez waszej parszywej obecności – mruknął Cień Wschodu z uśmiechem.
- Widzę, że też tęskniłeś. Co powiesz, na mały trening? Miecze? Drągi?
- W sumie chętnie – dał się namówić. Gdzieś musiał uwolnić rozpierającą go ciągle energię i podniecenie.
komentarze [12]Rozdział 34 >> niedziela, 20 lipica 2008 21:53:38
Bo mi ta piosenka pasuje do treści :P
"Black rose" Luca Turilli
Red rose, so attractive
Bleeding broken feelings
In this shade of hate
Your colour turns to black
New dawn enlight my wrong thoughts
Make blind my weakness
Align the astral conscience
To my old strength
Outside, no ways need to be found
Change of visual
Inside, find the deepest contact
With your soul
A face that hides a secret
Dark lying mirror
An always hidden whisper
Revealing truth
SENSATION, EMOTION
DEEP FEELING, TRUE DEVOTION
SUPREME LOVE, SUPREME HATE
DIVINE CHOICE FOR A NEW FATE
Symptoms of viral illness
Hard to challenge
Closed eyes tired to see the
Red rose turning black
A never-ending try
To escape myself
While there still lies the mirror
And something more
SENSATION, EMOTION
DEEP FEELING, TRUE DEVOTION
SUPREME LOVE, SUPREME HATE
DIVINE CHOICE FOR A NEW FATE
A teraz mam nadzieję, że będziecie się bawić równie dobrze jak ja :D
- Khamul wrócił – szepnął Akhorahil wchodząc cicho do pracowni Króla-Czarnoksiężnika. Podszedł do regału z księgami i wyciągnął z niego jakiś wolumin. – Właściwie przywiózł tylko raporty ze stanu uzbrojenia i gotowości bojowej Barad-dur. I od wejścia zaczął krzyczeć, że nie chce cię widzieć na oczy, panie. – Kasztanowowłosy młodzieniec posłał Morgulowi rozbawione spojrzenie.
Wodzowi jednak nie było w ogóle do śmiechu. Minęły już dwa miesiące odkąd Khamul i Ren wynieśli się do Barad-dur. Najwyraźniej Cień Wschodu ciągle czuł do niego uraz. Easterlingowi fochy przechodziły bardzo ciężko, tego Król-Czarnoksiężnik zdążył się już nauczyć przez czas, jaki znał swego zastępcę.
- I tak z nim porozmawiam. Może się na mnie nie patrzeć, jak nie chce – wstał rozdrażniony i ruszył z Akhorahilem u boku do głównej sali.
Khamul siedział przy stole porządkując jakieś dokumenty. Reszta Ulairi obsiadła go wokół i starali się rozmawiać z nim praktycznie na raz. Cień Wschodu zazwyczaj odpowiadał ciętymi uwagami lub odwarkiwał coś nieprzyjemnego, ale reszty to nie zniechęcało. Czy możliwe, że też tęsknili za swym towarzyszem?
- Na długo wróciłeś? – odezwał się Król-Czarnoksiężnik przerywając pochłanianie spojrzeniem przystojnego młodzieńca i przywołując na twarz beznamiętną maskę.
Khamul poderwał głowę, jakby się wystraszył jego głosu.
- A co cię to obchodzi? Dla ciebie mam tylko raporty – odburknął. – Zresztą muszę je na nowo uporządkować. Adie mi je wyrwała z rąk chcąc się dowiedzieć, które oddziały są lepiej przygotowane pod względem bojowym – te stąd, czy moje w Barad-dur.
- Zaczęliśmy nieco rywalizować o to kto jest lepszym trenerem armii, odkąd objęłam dowództwo nad wojskami Minas Morgul – wzruszyła ramionami Adie i uśmiechnęła się niewinnie. – Raporty wysunęły mi się z rąk i rozleciały po całej podłodze. Trochę się pomieszały.
- Ty to zawsze zrobisz zamęt – pokręcił głową Ji Indur, właściwie już automatycznie śledząc wzrokiem Akhorahila, który był jak zwykle absolutnie obojętny na jego zaloty.
Tu, w twierdzy, nic się nie zmieniło, co nieco uspokoiło Khamula. Mógł się czuć swobodnie jak zawsze. Przynajmniej, póki w pobliżu nie było Morgula
- Nie podoba mi się twój ton, Czarny Easterlingu – zauważył lodowato Król-Czarnoksiężnik – Nie pytałem cię towarzysko o to, jak długo masz zamiar robić sobie urlop od służby w Barad-dur. Pytam cię jako władca, gdyż mam prawo to wiedzieć i chcę mieć wszystko pod kontrolą. Szczególnie tak krnąbrnego sługę jak ty.
- Znowu na siebie szczekają. Zaraz się pogryzą – mruknął Ji Indur do Adunaphel i wywrócił oczami.
- Kilka dni. Nie jestem w stanie teraz określić – odpowiedział posłusznie Cień Wschodu, zajmując się na powrót pergaminami. – Jak zrobię z tym porządek dostarczę ci je. Nie przeszkadzaj sobie.
- Doskonale – Morgul odwrócił się na pięcie i odszedł płonąc w środku z wściekłości.
Khamul odprowadził go ukradkowym spojrzeniem. Miał wrażenie, że wszyscy wokół doskonale słyszą jego walące serce.
* * *
Morgul usiadł z powrotem na swoim fotelu w swym gabinecie i próbował się skupić na pracy. Bez powodzenia. Po dwóch godzinach bezowocnych prób połączenia na pergaminie dwóch ofensywnych zaklęć w jedno, za to bardzo potężne, stwierdził, że nie jest w stanie myśleć o niczym innym, niż o swym zastępcy. Jego obraz natrętnie pojawiał mu się przed oczyma. Król-Czarnoksiężnik był przemęczony, niewiele ostatnio odpoczywał. Dopóki Khamul nie wrócił, wódz trwał w zaklętym wirze badań nad magią, zapominając praktycznie o reszcie świata. Szło mu bardzo dobrze, dopóki dziś znów nie ujrzał tych ciemnych włosów, przystojnej twarzy, bezczelnego spojrzenia i długich rzęs okalających duże piękne oczy- niegdyś czarne, teraz płonące czerwienią.
Nagle zdał sobie sprawę, że te oczy patrzą na niego teraz spokojnie. Khamul stał oparty o drzwi jego gabinetu opatulony swym czarnym płaszczem i przyglądał się swemu panu.
- Nie słyszałem jak wszedłeś. Zapomniałeś jak się puka? – warknął na niego.
Easterling nie odezwał się jednak. Odepchnął się od drzwi i powoli, bezszelestnie przesunął ku wodzowi.
- Języka w gębie też zapomniałeś? – Morgul poczuł nagłe zaniepokojenie tym, że ciągle pyskujący mu podwładny milczy jak zaklęty.
Khamul przyglądał mu się z góry spod na wpół zmrużonych powiek. Na zmysłowych wargach igrał lekki uśmiech.
- Mów, czego chcesz i odejdź. Nie mam czasu. – Król-Czarnoksieżnik czuł się co najmniej nieswojo i dziwnie. Zrzucił to na przemęczenie.
Cień Wschodu powoli wysunął dłoń spod płaszcza i rozpiął go pod szyją. Materiał płynnie opadł na podłogę prześlizgując się po całym ciele młodzieńca. Całkowicie nagim ciele.
Gęsie pióro do pisania wypadło Morgulowi z ręki robiąc paskudnego kleksa na samym środku misternie spisanego wcześniej zaklęcia. Otworzył oczy tak szeroko, że przez chwilę miał wrażenie, że wypadną.
To się nie mogło dziać naprawdę. To milczenie Khamula, uwodzicielska gracja z jaką się poruszał, wreszcie to co przed chwilą zrobił...
Morgul był już pewien. Zasnął z przemęczenia nad papierami i teraz śnił. Bardzo przyjemny sen, swoją drogą. Przesunął spojrzeniem od stóp easterlinga-zjawy, coraz wyżej przez mocne długie nogi, biodra, płaski brzuch, pięknie wyrzeźbione mięśnie torsu i ramion, aż do spokojnej urodziwej twarzy. Rozpuszczone, czarne jak noc włosy opadały plecy i barki Cienia Wschodu miękkimi puklami. Z całą pewnością był najpiękniejszym snem jaki Morgul miał w swym długim życiu.
Zjawa zbliżyła się znów, unosząc dłoń i zdejmując mu ciężką, stalową koronę. Po odłożeniu jej na biurko zwinne palce wplotły się we włosy wodza i nacisnęły na tył jego głowy, by ponaglić go do działania.
Jakże cudowne było to, że we śnie mógł dotykać swej niesamowitej mary. Ostrożnie, bojąc się, że może się zbudzić, Morgul wtulił twarz w jedwabistą skórę na brzuchu Khamula. Nieśmiało musnął ją wargami. Kiedy nic się nie stało i upewnił się, że nadal trwa w swoim słodkim śnie, zaczął obsypywać delikatnymi pocałunkami okolice pępka swego obiektu pożądania. Tak rozpaczliwie pragnął bliskości Cienia Wschodu.
Czuł jak ręka młodzieńca delikatnie głaszcze jego proste czarne włosy, przeczesując je palcami i podrażniając skórę głowy. Nigdy nawet nie przypuszczał jak tamte rejony mogą być wrażliwe.
Nie potrafiąc się powstrzymać, prawie z czcią przesunął wnętrzem dłoni po bokach Khamula, zatrzymując je na wąskich biodrach.
Easterling chwycił go za nadgarstki i odsunął spokojnie. Cofnął się i odszedł kawałek. Oparł się o framugę drzwi prowadzących do sypialni Króla-Czarnoksiężnika i obejrzał się na niego zapraszająco. Zniknął w komnacie.
Morgul natychmiast ruszył za nim obawiając się, że jeśli straci go z oczu, to sen się skończy.
Easterling wsunął się z gracją na posłanie układając się tak wśród poduszek, by jak najlepiej zaprezentować swe ciało. Czekał nieruchomo, obserwując wodza spod zmrużonych powiek. Czerwone tęczówki sprawiały w tej chwili wrażenie rozżarzonych węglików. Władca wieży nie spuszczając swej zjawy z oczu instynktownie rozpiął płaszcz i ściągnął koszulę. Zdjął szybko buty i w samych spodniach wpełzł na łoże, byle jak najbliżej Cienia Wschodu. Młodzieniec przesunął dłonią po silnym nagim ramieniu swego pana i zbliżył twarz do jego twarzy. Pocałunek był ostrożny i niezwykle elektryzujący. Po chwilowym badaniu, czy zostanie zaakceptowany, Morgul ośmielił się posunąć dalej i włożyć język do środka. Ramię zjawy owinęło się wokół jego szyi i został przyciągnięty bliżej. Cudowne usta otworzyły się przed nim w zaproszeniu.
- Ile bym dał, by to działo się naprawdę. – szepnął Król-Czarnoksiężnik, gdy przerwał pocałunek po długiej, niezwykle rozkosznej chwili. Easterling oczywiście się nie odezwał, za to jego usta powędrowały na szyję wodza i zaczął lizać ją koniuszkiem języka, aż dotknął wgłębienia jego obojczyka. Ucałował to miejsce, a Morgul poczuł dreszcz przechodzący przez jego coraz bardziej zniecierpliwione ciało, które odpowiedziało niepokojącym entuzjazmem. Tak bardzo chciał usłyszeć jakikolwiek dźwięk z ust swojej pięknej zjawy. W tym celu wódz zaczął wodzić wargami po torsie Khamula próbując odnaleźć jak najwrażliwsze miejsca. Easterling zamknął oczy i odchylił w tył głowę rozchylając słodko usta. Jego mięśnie spinały się i rozluźniały się na przemian. Dopiero jednak, gdy język Króla-Czarnoksiężnika zatoczył krąg wokół koralowej sutki kochanka, Cień wschodu wydał cichutki jęk, który podziałał na wodza bardziej podniecająco, niż głośne, na wpół udawane krzyki, jego dawnych nałożnic. Zniżał się coraz bardziej pieszcząc teraz końcem języka pępek i wrażliwe mięśnie podbrzusza. Kiedy jednak chciał posunąć się dalej, dłonie Khamula podciągnęły go desperacko wyżej. Znów połączyli usta w głębokim pocałunku. Morgul zamruczał czując jak paznokcie zjawy drapią delikatnie jego kark.
Cień Wschodu sięgnął rękami w dół rozpinając mu zręcznie pas i pomagając pozbyć się spodni. Wtedy popchnął go na plecy nieustannie całując. Usiadł na jego biodrach i stopili się w jedno. To było jak rytuał. Całe ciało Khamula zesztywniało, jednak nie przerwał zmysłowego tańca języków. Pocałunek był jak niekończące się zaklęcie. Morgul głaskał uda, biodra, pośladki i plecy kochanka – całe jego ciało, nie potrafiąc się nacieszyć tą cudowną ulotną bliskością. Zadrżał ze zdławionym jękiem, gdy easterling się poruszył. Najpierw powoli z wyraźnym trudem, gdyż ciasne wnętrze wojownika nie mogło zaakceptować wypełniającego je ciała. Potem coś pękło i wilgoć ułatwiła ruchy. Krew - domyślił się Morgul jak przez mgłę.
Ogarnął ich ogień. Cudowna namiętność. Ciche westchnienia bólu i rozkoszy. Napięcie narastające wraz z powoli kołyszącymi się biodrami. I w końcu po długiej chwili, eksplozja wstrząsająca ciałami obojga. Dopiero wtedy zjawa przerwała pocałunek.
Król-Czarnoksieznik przymknął powieki i podążył na spotkanie ciemności.
* * *
Obudził się z okropnym bólem głowy. Usiadł i przetarł oczy z jękiem. Rozejrzał się wokół z nikłą nadzieją, szukając choćby śladu na dowód tego, że to co się zdarzyło. było prawdą. Zgodnie z przewidywaniami rozczarował się. Leżał nagi w łożu. co prawda, ale wokół brak było śladu obecności kogokolwiek. Zresztą Morgul zazwyczaj sypiał nago, więc ten fakt wcale go nie zdziwił. Jedna z magicznych ksiąg, która gdy usiadł, zsunęła mu się z torsu na kolana, upewniła go tylko w tym, że musiał zasnąć nad jej lekturą.
Położył się znów z gniewem i zacisnął zęby.
To wszystko stawało się ponad jego siły.
* * *
- Czego tu? – zawarczał Khamul na jego widok, w głównej sali. Zajmował się akurat spisywaniem notatek do części raportów i wyglądał na wyjątkowo rozdrażnionego faktem, że Adunaphel siedziała tuż obok niego i praktycznie co kilka chwil dawała mu, wedle swego mniemania, niezwykle cenne rady, co do niektórych strategicznych planów wojennych. – Mówiłem ci przecież, że jak skończę to ci to przyniosę.
Król-Czarnoksiężnik już otworzył usta, by go zbesztać za bezczelność, ale prawie natychmiast je zamknął. Nie potrafił. Nie potrafił w ogóle się odezwać do easterlinga, po tym co robił z nim we śnie. Zbyt bał się drżenia swego głosu.
- Jak ci tak zależy, możesz sobie zabrać ten stosik. – Nawet nie podnosząc głowy znad przeglądanych pergaminów Khamul popchnął w stronę Morgula niewysoką stertę pergaminów. – Te skończyłem już układać.
Wódz w milczeniu wziął je do ręki i okręcił się na pięcie, wracając jak niepyszny do swej komnaty.
komentarze [10]Rozdział 33 >> sobota, 19 lipica 2008 19:16:55
Dni mijały szybko. Szkolenie rozkapryszonych goblinów było bardziej uciążliwe, niż w Minas Morgul. Głownie dlatego, że stwory były przyzwyczajone do grozy Wielkiego Oka i szybko przywykli do obecności Ulairi. Kiedy jednak blanki Barad-dur przyozdobiły wbite na pale głowy żołnierzy, reszta doszła do wniosku, że być może warto się podporządkować Easterlingowi i jemu towarzyszowi.
Czas upływał na katowaniu armii długimi treningami i szkoleniami, studiowaniu map i rozważaniu różnych wariantów strategii, jaką mogłyby obrać w przyszłości wojska Saurona. Khamul całe dnie był w swoim żywiole. Gorzej bywało, gdy nadchodził zmierzch. Siadał wtedy w gabinecie jaki sobie urządził w jednej z komnat i wpadał w dziwne odrętwienie. Dopracowywał szczegóły swego planu odwetu na Królu-Czarnoksiężniku. Im bardziej jednak knuł, tym większy czuł strach. Na samą myśl o wykonaniu zamierzeń serce z łomotaniem uciekało mu w pięty.
Siedział tak niemal każdej nocy, myśląc i słuchając gry Rena. Rohirrimczyk okazał się wirtuozem fletu, a jego pieśni były tak melodyjne i smutne, że poruszały nawet zimnokrwistego easterlinga. Rzadko ze sobą rozmawiali. Panowała między nimi nić dziwnego porozumienia bez zbędnego strzępienia języka.
Tego jednak wieczoru Khamul podszedł do towarzysza i usiadł obok niego na poręczy balustrady ogradzającej jeden z licznych tarasów wieży.
- Powiedz mi... Jak to się stało, że potrafiłeś znów zaufać innym?
Ren przestał grać i zamrugał spoglądając w zaskoczeniu na Cienia Wschodu.
- Czemu cię to interesuje?
- Bo brzmi niewiarygodnie. – Khamul wzruszył ramionami. – Jak to było?
Pirat zastanowił się pogrążając we wspomnieniach.
-Cóż, kapitan „Czerwonego smoka”, tak się zwie nasz okręt, miał syna w moim wieku. Poznałeś go zresztą, to on was doprowadził wtedy do domu burmistrza. Chcąc, nie chcąc stałem się jego jedynym towarzyszem zabaw. I chyba dlatego, jako jedyny z niewolników, nigdy nie zaznałem niczego złego od moich panów. Prawdę mówiąc, Kirien stal mi się bliski jak brat, którego nigdy nie miałem. Dorastaliśmy razem, uczyliśmy się szermierki i zawodu morskich rozbójników. Przeżyliśmy też razem ze sobą pierwsze kontakty seksualne. – Ren zarumienił się delikatnie, co wywołało lekki uśmiech na twarzy Khamula. – Nie mieliśmy nigdy romansu – sprostował szybko rohirrimczyk. – To raczej była młodzieńcza ciekawość, jeśli wiesz co mam na myśli. W każdym razie kapitan, wkrótce zaczął mnie traktować jak drugiego syna. Myślę, że to czas uleczył me rany. Lata mijały, a ja coraz bardziej stawałem się członkiem załogi. Dzieliłem z nimi łupy, żartowałem nad szklanicą rumu. Razem grabiliśmy i cieszyliśmy się zwycięstwami. Nawet nie jestem w stanie powiedzieć kiedy zacząłem im ufać. Byli dla mnie najważniejsi na świecie.
Khamul miał dziwną minę. Jakby to, o czym opowiadał Ren przechodziło jego pojęcie.
- Po tym, jak podczas jednego z napadów zginął nasz kapitan, rozpoczęły się kłótnie o objęcie dowództwa przez oficerów. Nie mogliśmy dojść do porozumienia, więc wybrać miała załoga. Jakie było moje zaskoczenie, gdy padło na mnie. To było zaledwie kilka lat temu – uśmiechnął się do wspomnień. – Jakiś czas później otrzymałem pierścień i stanąłem przed wyborem – skrzywił się kręcąc głową. – Jak mógłbym skazać moich kamratów na śmierć odmawiając przyjęcia daru? Stałem się potężny i zacząłem budzić respekt również u innych łajdaków morskich. Pragnąłem spełnić marzenia załogi o prawdziwym bogactwie, więc zaproponowałem sojusz innym piratom i napadliśmy na północne porty. Moja Przemiana była coraz bardziej zaawansowana. Przerażałem innych i siebie. Morze budziło we mnie mdłości. Potem pojawiliście się wy i jak jakieś potwory z bajki zabraliście mnie od ukochanego okrętu i życia jakie prowadziłem.
- Tak musiało być – Khamul położył kojąco dłoń na ramieniu rohirrimczyka. – I tak nie mógłbyś wrócić z nimi na morze w tej postaci. Kirien wyglądał na takiego, co znakomicie cię zastąpi. Da sobie radę. Przestań się zamartwiać.
- Nie zamartwiam się. Po prostu tęsknię. – Ren uniósł znów flet do ust, ale nie zaczął grać. Zerknął na Cień Wschodu – I żeby nie zwariować musiałem znaleźć sobie kogoś innego do ochraniania i troszczenia się.
Khamul odwrócił szybko wzrok czując denerwujące palenie w policzkach. Zeskoczył z balustrady i wrócił do środka zaczynając porządkować jakieś papiery. Był wyraźnie wypłoszony wyznaniem Rena.
- Wracam na jakiś czas do Minas Morgul – zmienił temat - Muszę pokazać temu gburowi, naszemu przywódcy, te raporty. Myślę, że za tydzień będę z powrotem.
- Przecież możemy wysłać gobliniego posłańca – zauważył Ren marszcząc brwi.
- Tak, ale wtedy Morgul pomyśli, że go unikam, i że się boje. – Khamul skrzywił się. – To nasze prywatne porachunki – dodał przepraszająco.
- W takim razie jedź. Dam sobie tu radę. – Rohirrimczyk zaczął grać.
Cień Wschodu przyglądał mu się chwilę z wyraźnym wahaniem, po czym wpakował raporty do torby podróżnej i ruszył do stajni.
komentarze [21]Rozdział 32 >> czwartek, 17 lipica 2008 21:06:18
- Widziałeś jego spojrzenie? – spytał niepewnie Ren, gdy siodłali konie.
- Spojrzenie? – powtórzył Khamul zaskoczony. Zapinał właśnie popręg. – Nie wiem o czym mówisz.
- O Królu-Czarnoksiężniku. Na początku prawie w ogóle na nas nie patrzył, ale kiedy już wychodziliśmy, miałem wrażenie, że chce rozerwać mnie wzrokiem na strzępy. Dlaczego? Co ja mu zrobiłem? – rohirrimczyk wtulił twarz w lśniącą czarną sierścią silną szyję rumaka.
Cień Wschodu wzruszył ramionami.
- Ty nic. To ja się z nim wczoraj znów pokłóciłem. Pewnie obawia się, czy nie będę cię nastawiał przeciw niemu.
- Możliwe – przyznał mu Ren wyprowadzając wierzchowca z boksu. – Chociaż patrzył na mnie jak na... złodzieja. Jakbym mu coś ukradł. Ale pewnie to tylko moje głupie zgadywanie.
- Nie gadaj tyle. Ruszajmy. Jeśli opuścimy teraz Minas Morgul, dojedziemy do celu najpóźniej jutro rano. – Khamul już przeszedł ze swoim ogierem na dziedziniec i przerzucił mu wodze przez łeb. Dosiadł konia z lekkością.
- Zawsze jesteś taki obowiązkowy? – spytał z uśmiechem Ren, gdy wyjeżdżali kłusem przez bramę.
- Ktoś tu musi być od pilnowania dyscypliny. – odwzajemnił uśmiech, choć miał twarz skrytą pod kapturem.
* * *
Mroczna wieża Barad-Dur wydawała się opuszczona i ponura bez potężnego Oka z płomieni na szczycie. Jak gigantyczny pomnik na cmentarzu. Mury nasiąknięte grozą Saurona wywoływały ciarki na plecach nawet tak potężnych istot jak Ulairi.
- Dziwne miejsce. – zauważył Ren rozglądając się bacznie. – Strasznie niepokojące.
- Nie wszystko jest kolorowe jak życie pirata. Zresztą tobie nawet lepiej w czarnym płaszczu. – Obrzucił go oceniającym spojrzeniem,
Wjechali pewnie przez bramę. Była otwarta i niestrzeżona. Tak przynamniej się wydawało. Zatruta strzała przeszyła powietrze zatrzymując się milimetry od twarzy easterlinga. To Ren ją chwycił w locie nie pozwalając na zranienie towarzysza.
- Niezła sztuczka – pochwalił Cień Wschodu pochylając się gwałtownie, by uniknąć następnego pocisku.
- Przecież też tak potrafisz – zauważył z przekąsem pirat, po czym krzyknął przenikliwie, uwalniając ogłuszające fale dźwiękowe. Łucznik spadł nieprzytomny z murku służącego mu za strzelnicę i złamał kark na twardym bruku.
Widząc, że przeciwnicy nie należą do prostych w pokonaniu reszta goblinów szybko się pochowała. Jak myszy do dziury, gdy poczują polującego kota.
- No dobrze. – Khamul zsiadł z konia. – Kto tu dowodzi? – spytał lodowatym tonem.
To, że przybyły stał teraz na własnych nogach i że się odezwał, ośmieliło wojowników. Wyjrzeli ostrożnie ze swych dziur, lecz ciągle byli zaniepokojeni aurą tych ludzkich mężczyzn.
- Ja tu dowodzę! – warknął chrapliwym głosem olbrzymi goblin wychodząc z cienia i stając butnie przed Ulairi.
Wystarczyło jednak, by Khamul zbliżył się do niego promieniując wokół grozą, by stwór stracił rezon. Poczuł jak jego skóra marszczy się i usycha. Tym bardziej, im bliżej był easterling. Oczy Cienia Wschodu zapłonęły czerwonym światłem obejmując nie tylko tęczówki, ale również białka. W głębi kaptura wyglądało to naprawdę mrocznie.
- Ty tu rządzisz? – upewnił się syczącym głosem.
Goblin topniał w oczach. Już nie wypinał się dumnie, lecz kulił jak wystraszone szczenię.
- Ja? Skądże znowu? Mój władca musiał się przesłyszeć. Przecież to ty tu jesteś panem. Ty wydajesz rozkazy – zapiszczał.
- Tak myślałem. Chciałem tylko się upewnić. – Khamul uśmiechnął się miło. –A teraz przekaż łaskawie reszcie, że jeśli wypuszczą choć jedną strzałę w naszym kierunku, to wsadzę im te łuki tam, gdzie nawet Wielkie Oko nie jest w stanie dojrzeć. Wyraziłem się jasno?
- Oślepiająco – wychrypiał goblin i zawarczał coś panicznie do innych.
- Doskonale. Ja i mój towarzysz, przejmujemy kontrolę nad Barad-dur na rozkaz Saurona, przyszłego pana Śródziemia – obwieścił głośno Khamul. – Możecie się rozejść – powiedział łaskawie. – Tylko niech kilku zajmie się naszymi rumakami.
* * *
- Czemu nie zabiłeś tego idioty? – spytał Ren ściągając rękawice do konnej jazdy i rzucając je na stół. Umeblowanie komnat wieży było skromne. Wyglądało na to, że wyposażenie składało się prawie wyłącznie ze skradzionego przez gobliny ludziom dobytku. – Zdobyłbyś niepodzielną władze nad tą bandą.
Khamul usiadł w starym fotelu opierając nogi na nie mniej wiekowym podnóżku.
- Zwariowałeś? Chcesz, żeby pouciekali nam na pustkowie w panice? Co innego armie w Minas Morgul. Tam żołnierze od początku przyzwyczajani byli do myśli, że będą kontrolowani przez nas. Te tutaj miały nad sobą tylko Wielkie Oko. I nagle mieliśmy zjawić się my i zamordować ich gobliniego szefa? Przecież ze strachu uciekaliby stąd, aż kurzyłoby się. A tak zostawiłem im złudzenie bezpieczeństwa.
- I co? Nasze zadanie ma polegać na tym, że będziemy pilnować ich, by nie pouciekali, czy zrobimy coś pożytecznego?
- Aktualnie teraz nie mam głowy do pożytecznych rzeczy, ale tak, Barad-dur to główna siedziba Wielkiego Oka i co za tym idzie musi mieć doborową obsadę.
- Czyli mocno przetrzepiemy tym śmierdzielom tyłki – domyślił się Ren siadając na parapecie wielkiego okna. Nie miał zbyt radosnej miny. Khamul zdawał sobie sprawę co było tego powodem.
- Wolałbyś pewnie teraz żeglować wpatrzony w horyzont. Musisz się w końcu pogodzić z tym co się stało.
- To nie takie proste – szepnął boleśnie pirat. Odgarnął za ucho jasne włosy przyglądając się towarzyszowi. – Czego pragniesz, Khamul?
- Słucham? – pytanie zbiło easterlinga z tropu. Zamrugał skonfundowany.
- Co jest twoim celem? Dlaczego żyjesz? Czego pragniesz? – powtórzył cierpliwie Ren.
Cień Wschodu zmarszczył brwi.
- Nie wiem. Nigdy nie miałem czasu się nad tym zastanawiać. Mam wiele celów. Chyba głównym jest władza.
- Nie, raczej nie – poprawił go Ren z uśmiechem. – Zwycięstwo. Tylko to sprawia, że czujesz się szczęśliwy. Widziałem to w twych oczach, gdy mnie pokonałeś. Czysta ekstaza, niewysłowiona radość z powodu pokonania innej istoty i tym samym udowodnieniu sobie, że jesteś od niej silniejszy.
- Może masz racje – mruknął nieco zdumiony Khamul. – Kiedy to zdążyłeś mnie tak prześwietlić na wylot?
- Zawsze mnie intrygowała ludzka natura. Pewne rzeczy więc zauważam bardzo szybko – wzruszył ramionami.
- A jakie jest twoje marzenie? – easterling wyciągnął się wygodnie w fotelu. – Ja nie potrafię cię rozgryźć. Mam wrażenie, że chwilami jesteś nieobecny duchem.
Ren pokiwał głową.
- Moim celem zawsze była ochrona tych, na których mi zależy. Moje serce nawet teraz jest przy nich. I dla nich moje ciało jest teraz takie jakie jest.
- Nie rozumiem – skrzywił się Khamul. – Czemu ci zależy na innych? Mogą cię zdradzić, skrzywdzić. Zniszczyć ci życie.
Rohirrimczyk przytaknął.
- I kiedyś ci, którym ufałem tak zrobili. Moja matka... była dość niezwykła. Miewała wizje. Potrafiła przewidzieć przyszłość. Z początku wszyscy traktowali to z przymrużeniem oczu, ale gdy zaczęła ich ostrzegać przed wielką wojną z ciemnością... stali się agresywni. Posądzali ją o konszachty z goblinami i innymi rasami zła. Tak naprawdę nie wierzyli w jej dar jasnowidzenia. A skąd mogła niby znać plany nieprzyjaciela, jeśli nie od niego samego. Posądzili ją o zdradę Rohanu i ukamienowali – zamknął boleśnie oczy. – Miałem wtedy dwanaście lat. Chcieli zamordować i mnie ale uciekłem. Żyłem żebrząc i kradnąc, aż pewnego razu natrafiłem na dziwną karawanę złożoną z kilkunastu wozów. Kierowali się na wschód. Zainteresowało mnie co wieźli. Miałem sporą nadzieję na jakąś żywność, gdyż nie miałem nic w ustach od kilku dni. Jednak nie mieli jedzenia. Ich towarem byli żywi ludzie.
- Handlarze niewolników – domyślił się Khamul.
- Tak. Złapali mnie – przyznał z zakłopotaniem Ren. – Wywieźli daleko od ziem które znałem, ale które zdążyłem już znienawidzić. Zostałem sprzedany właśnie na piracki okręt jako pokładowe popychadło. Kto by wtedy przewidział, że morze stanie się sensem mojego życia, a ja znów zdołam zaufać ludziom. A ty Khamul, masz kogoś na kim ci zależy?
Easterling drgnął niespokojnie.
- Nie – przyznał po dłuższej chwili. – Nie mam nikogo.
- Musisz w takim razie bardzo cierpieć – szepnął Ren i zapatrzył się przez okno w dal. Nie kontynuował swej opowieści ku rozczarowaniu Cienia Wschodu.
Siedzieli tak w milczeniu długie godziny, każdy pogrążony we własnych myślach.
W tej chwili po raz pierwszy w życiu Khamul odkrył jak bardzo jest samotny.
komentarze [7]Rozdział 31 >> wtorek, 15 lipica 2008 16:55:24
Wczesnym rankiem, zanim jeszcze zaczęło świtać, Khamul wybrał się na spacer po murach Minas Morgul. Okutany od stóp do głów w swój czarny płaszcz przypominał samą Śmierć. Plotka o jego obecności na blankach musiała w tempie błyskawicznym oblecieć wieżę, bo wszystkie napotkane orki i gobliny, ku zdumieniu Cienia Wschodu prezentowały się jak idealna straż – czujna i wyprostowana. Wiedziały, kogo się obawiać. Reagowały taką dyscypliną tylko na niego i na Adunaphel, choć również i Ji Indur zaczął ich pilnować. Przyzwyczajony do swoich idealnych żołnierzy w Hithlumie, Khamul dostawał ataku wścieklizny na widok bałaganu w armii Saurona. Chcąc nie chcąc zmuszony był używać podstępu w postaci nakłaniania tej godnej pożałowania bandy do donoszenia na siebie nawzajem. W ten sposób żaden z nich nie mógł czuć się bezpiecznie i chcąc nie chcąc zachowywał się w miarę poprawnie.
Niebo za wschodzie zaczęło szarzeć i choć słońce nie miało szans na przebicie się przez grubą warstwę chmur, Khamul naciągnął kaptur mocniej na twarz. Nie mógł wytrzymać w swej komnacie. Nerwy rozsadzały go, więc przechadzał się teraz mając nadzieję na spotkanie jakiegoś kozła ofiarnego, na którym mógłby się wyżyć. Niestety, bez powodzenia. To wprawiło go w jeszcze większe rozdrażnienie.
Jego spojrzenie przykuła silna sylwetka Rena na tarasie opodal. Mężczyzna stał samotnie, odziany jedynie w ciemne spodnie, z mieczem w ręku. Ćwiczył ciosy i pchnięcia na niewidzialnych przeciwnikach, a wiatr targał jego rozpuszczonymi, złocistymi włosami. Nie mrużył oczu z bólu od jaśniejącego poranka, co można było tłumaczyć jego niepełnym jeszcze przeistoczeniem w Ulairi. Pot ściekał po jego pięknie wyrzeźbionych plecach. Ruchy króla piratów były płynne i kocie, idealnie wyważone.
- Trening od bladego świtu? – spytał Cień Wschodu i uśmiechnął się. Zszedł na poziom, gdzie ćwiczył towarzysz.
- Cóż, natrafiłem na lepszego od siebie i nieco mi ten fakt dokucza. – Ren obejrzał się na Drugiego po Wodzu. – Nie spocznę, dopóki cię nie pokonam.
- Jak rana? – Easterling odsunął mu bandaż z czoła. – Widzę, że jest o wiele lepiej.
Ren zarumienił się ledwie zauważalnie.
- Będę żył, mamusiu – zażartował. – A ty co? Nie możesz spać? – Wsunął miecz do pochwy przy pasie.
- Nie bardzo – przyznał Cień Wschodu, oparł się o mur i zniechęcony spojrzał w dal.
- Rozmawiałem rano z tym czarownikiem, jak mu tam było...
- Akhorahil – podpowiedział bezwiednie Khamul. Wściekłość powoli z niego uleciała, pozostawiając dziwną pustkę. A może to obecność rohirrimczyka tak na niego działała?
- Tak, możliwe, że Akhorahil. W każdym razie opowiedział mi trochę o tym miejscu i planach Wielkiego Oka. A także o tobie i Królu-Czarnoksiężniku. – Ren przyglądał się badawczo towarzyszowi.
- Co dokładnie ci powiedział? – serce Khamula, choć zwykle zapominał, że jeszcze bije, załomotało nerwowo.
Pirat wzruszył ramionami.
- Tylko tyle, że ciągle dochodzi między wami do spięć i że będę musiał szybko nauczyć się lawirować tak, by nie narazić się ani jednemu, ani drugiemu.
Cień Wschodu odetchnął z ulgą.
- Moje relacje z Morgulem to nie wasza sprawa – warknął spoglądając groźnie na Rena.
- Naturalnie. Podziwiam cię jednak, że masz odwagę stawiać się tak potężnej istocie. O tobie słyszałem wiele opowieści, a o Królu-Czarnoksiężniku z Angmaru tak zadziwiające legendy, że słuchałem ich jako dziecko z wypiekami na twarzy. A potem pół nocy ze strachu nie mogłem spać – zaśmiał się beztrosko.
Khamul spojrzał na niego z ukosa i sam też lekko się uśmiechnął. Rohirrimczyk wzbudzał jego sympatię, choć jak dotąd nie mógł tego powiedzieć o żadnym innym z dotychczas poznanych upiorów. Rozluźnił się nieco.
- Jesteś naprawdę piękny – szepnął nagle Ren. W jego czerwonych oczach widać było szczery podziw.
Tym razem to Cień Wschodu, wbrew swojej woli, lekko się zarumienił.
Nagle zbliżył się do nich orczy kapitan. Stanął na baczność i zasalutował.
- Jego mroczna wysokość, Król-Czarnoksiężnik wzywa do siebie – przekazał jednym tchem.
Khamul kiwnięciem głowy zaznaczył, że przyjął to do wiadomości i odprawił żołnierza.
- Czego ten suczysyn znowu chce? – zastanowił się. Z całą pewnością nie miał ochoty spojrzeć swemu władcy w oczy. Na samą myśl o tym oblizał nerwowo usta.
* * *
- Jesteście. Ranne z was ptaszki. – Morgul uniósł głowę znad stołu, na którym przeprowadzał jakiś eksperyment z cuchnącymi, kipiącymi cieczami, których składu i pochodzenia obaj niżej postawieni Ulairi woleli się nawet nie domyślać. – Mam dla was zadanie.
Khamul wymienił ukradkowe spojrzenie z Renem. Zadanie? Tylko dla nich dwóch?
- Jesteśmy do twych usług, mój panie. – Rohirrimczyk skłonił się z uniżeniem.
Morgul rzucił na niego przelotnie okiem i odważył się kilka sekund dłużej zaczepić wzrok na wrogiej twarzy Cienia Wschodu. Wolałby, żeby to Easterling zaoferował swe usługi. I to w szeroko rozumianym zakresie. Karcąc się w myślach za takie marzenia, Król-Czarnoksiężnik odłożył probówkę z eliksirem i zanotował coś na pergaminie.
- Wielkie Oko przekazało mi dziś dyspozycje dla was. Na jakiś czas wasza dwójka ma przenieść się do Barad-dur. Sauron obawia się, że pod jego nieobecność wojska tam bazujące może ogarnąć samowola. Macie dopilnować porządku – powiedział starając się, by rozkaz brzmiał niedbale, a jego treść w ogóle go nie interesowała. W rzeczywistości aż gotował się ze złości, że Oko zabiera mu znów na jakiś czas Khamula. Chociaż mogło to mieć i swoje dobre strony. Czego oko nie widzi, tego sercu nie żal. Może Król-Czarnoksiężnik przez ten czas dojdzie do ładu ze swymi niewygodnymi pragnieniami.
- Bardzo dobrze. Zbieramy się natychmiast – rzucił sucho Cień Wschodu i ukłonił się drwiąco.
Próbował nie pokazać po sobie, jak bardzo ucieszył go ten wyjazd. Co prawda opracowal już z grubsza plan odwetu na Morgulu, ale miał spory problem z zebraniem odwagi na wykonanie go. Może w Barad-dur uda mu się wziąć w garść.
- Nie zatrzymuję was. Możecie odejść. – Wódz przyniósł z biurka jakąś księgę i zaczął ją pospiesznie wertować nie zaszczycając sług nawet jednym spojrzeniem. Kosztowało go to sporo silnej woli.
Kiedy drzwi zamknęły się za wychodzącymi upiorami, wyprostował się, zirytowany. Widział przez okno tę dwójkę. Jak na jego gust, zbyt szybko nawiązała się między nimi nić porozumienia. Potrząsnął z rozbawieniem głową. Robił się zazdrosny? Jakie to było żałosne.
Zmuszając się do nie myślenia o podwładnych, skupił wzrok na tekście księgi i spisanych tam składnikach eliksiru.
komentarze [10]Rozdział 30 >> niedziela, 13 lipica 2008 22:44:22
Od autorki: Chciałabym bardzo podziękowac dwóm osobom: Naleyce, za stworzenie przepięknego layoutu, i Ascellce, za to ze ze mną wytrzymuje i sprawdza mi ostatnio moje notki. Dziewczyny bez was już bym dawno wyskoczyła przez okno. :*. Btw. Piosenka się zmieniła na blogu :P
W głównej sali panował zadziwiający spokój. Po zakwaterowaniu Rena Akhorahil wrócił do swego ulubionego fotela i książki. Zerknął przelotnie na resztę. Ji Indur i Adunaphel wydawali się wykończeni wyprawą. Kobieta siedziała skulona na swoim miejscu drzemiąc i mrucząc coś nieprzytomnie o krwi i płomieniach. Czarodziej wolał nie wnikać o czym mogła śnić. Nie przepadał za rzezią. Wolał bardziej wyrafinowane metody uśmiercania. Na przykład trucizny.
Ji Indur rozłożył się wygodnie na długim stole i wpatrywał się bezmyślnie w sufit do czasu, gdy usłyszał, że Akhorahil wraca. Wówczas przekręcił się na bok i zaczął go obserwować w milczeniu. Nie powiedział ani słowa. Po prostu patrzył jak drugi Ulairi przewraca cicho kartki księgi. Po dłuższej chwili czarodziej zarumienił się nieco, prawie czując mrowienie na skórze. Ta milcząca adoracja wyprowadzała go z równowagi.
- Przestań się na mnie gapić – syknął.
- Zabraniasz mi się dotykać. A teraz już nawet patrzeć na ciebie nie mogę? –Indur uśmiechnął się siadając. Zaczął rozplatać powoli swoje czerwone warkoczyki. – Jak ci się podoba nasz nowy nabytek?
- Sprawiał wrażenie, jakby chciał się odwrócić na pięcie i uciec stąd. Przeistoczył się w jednego z nas niedawno. Rana na skroni bardzo powoli się goi. Kazałem mu się przespać.
- Pytałem, jak ci się podoba? – Ji Indur uśmiechnął się szeroko. – Bardziej niż ja?
Akhorahil wywrócił oczami i starał się znów skupić na tekście zaklęć.
- Czemu nie chcesz mi odpowiedzieć? – naciskał Haradrim.
- Nie odpowiadam na tak idiotyczne pytania.
Nagle przez salę, prawie biegiem, przeszedł Khamul, hałasując ciężkimi butami na kamiennej podłodze.
- A temu co? – Ji Indur zamrugał zaskoczony, zupełnie zapominając o swych warkoczykach.
Wytrącona z półsnu Adunaphel wzruszyła ramionami.
- Po prostu znowu się zaczyna. Widocznie zbyt długo się nie widzieli i musieli to sobie odbić.
- Jak dzieci – westchnął Haradrim i rozplątał resztę włosów. Przeczesał czerwone kosmyki palcami.
Akhorahil jednak wpatrywał się z mieszanymi uczuciami w drzwi, w których zniknął Cień Wschodu. Co takiego mogło się wydarzyć, by wytrącić hardego Easterlinga z równowagi? Miał złe przeczucia.
* * *
Znowu to zrobił! Jak, do wszystkich demonów, on śmiał?!
Te myśli natrętnie kołatały po głowie poruszonego młodzieńca, który zatrzasnął szybko drzwi własnej komnaty i zaryglował je dokładnie. Oparł się o nie plecami ciężko dysząc. Doskonale wiedział, że te zabezpieczenia i tak go nie uchronią przed Morgulem, jeśli ten zechce za nim podążyć. Cień Wschodu nigdy niczego się nie bał. Stawał do walki z różnymi przeciwnikami. Ale wobec czegoś takiego był absolutnie bezsilny. Zadrżał i osunął się powoli na podłogę. Nerwowo oblizał wargi. Tym razem nie skończyło się na muśnięciu się nawzajem, jak poprzednio. Ciągle podświadomie czuł w ustach zwinny, poruszający się język, który łaskotał mu podniebienie i wnętrza policzków.
Jak to się stało?!!
Przecież żaden z nich nie wykonał najmniejszego ruchu, a nagle się pocałowali. I to tak, jak Khamul nigdy wcześniej tego nie robił. Cień Wschodu w ogóle nie lubił tego rodzaju czułości. Uważał je za słabość. Po prostu brał kobiety do łoża i zadowalał się nimi.
Wstał chwiejnie i podszedł do zwierciadła. Przyjrzał się sobie z wahaniem. Zaklął. Z najdalszego krańca Śródziemia było widać jak bardzo jest roztrzęsiony.
Tak. Przede wszystkim trzeba się uspokoić... a zaraz potem nawiać z Minas Morgul tak, żeby nikt nie wpadł na to, że to ucieczka.
Zrzucił odzienie i wpełzł na swoje łoże kuląc się na jego środku w pozycji płodowej. Był zmęczony wyprawą, a do tego teraz doszedł problem, o którym już praktycznie zapomniał. Najbardziej przerażało go to, że jego własne ciało zareagowało bardzo entuzjastycznie. I to wbrew jego woli. Czy tak bardzo brakowało jemu i Morgulowi kobiet, że zaczęli oglądać się za sobą nawzajem?
A może Wódz coś knuł? Tak, to było to. Pewnie chciał go poniżyć. Złamać i pokazać słabości. Nie pozwoli na to. Nigdy w życiu. A skoro tak, to jeszcze pokaże Morgulowi, kto tu rządzi.
Khamul uśmiechnął się do siebie złośliwie.
W jego głowie układał się plan.
Morgul stał przy oknie obserwując majaczące daleko na horyzoncie równiny Gondoru. Tracił nad sobą kontrolę. Ulegał kaprysom. To było bardzo niepokojące. Przecież obiecał sobie i pozostałym, że już więcej tego nie zrobi. Ale Khamul był tak blisko. Jego zapach, wzburzenie widoczne w oczach. To było stanowczo zbyt wiele dla Króla-Czarnoksiężnika. Nie chciał tego. To po prostu stało się.
Tak. A teraz były władca Angmaru już widział oczami wyobraźni te awantury, które rozpęta w najbliższych dniach jego drogi Cień Wschodu. Jeśli nie wydrapią sobie nawzajem oczu to będzie prawdziwy cud.
Ale przecież przez kilka sekund wydawało się, że Khamul odpowiedział na pocałunek. Zrobił to pewnie instynktownie, jak poprzednio.
Król-Czarnoksiężnik ściągnął z głowy koronę i przeczesał ciemne włosy. Zaczęły pulsować mu skronie.
Nie mógł zaprzeczyć jednemu. Opętańczo pożądał Easterlinga. Uśpione przed wieloma laty potrzeby zostały rozbudzone i teraz zadawały mu okropne katusze. Najgorsze było to, że nigdy nie mogły zostać w pełni zaspokojone.
Ciągle piekący policzek nieprzyjemnie mu o tym przypominał.
komentarze [5]Rozdział 29 >> sobota, 12 lipica 2008 20:29:12
Khamul odetchnął, gdy konie wkroczyły na most prowadzący do bramy wejściowej Minas Morgul. Cała wieża płonęła chorobliwą zielonkawą poświatą - oznaką potężnych ochronnych czarów. Nikt nie mógł przekroczyć jej progu bez zgody Władcy. Emanowała grozą i obietnicą śmierci. To właśnie miejsce Cień Wschodu i jego towarzysze nazywali domem. W tych murach mogli wypocząć i odprężyć się. Czuć się bezpiecznie.
Ren spoglądał ze zgrozą na potężne ściany. Przez lata jego życie toczyło się na małym okręcie, a wokół rozpościerała się przestrzeń wielkiego morza. Teraz miał żyć zamknięty w tej kamiennej klatce?
- Jesteś spięty. – Zauważył Khamul oglądając się przez ramię na siedzącego za nim rohirrimczyka. – Czego się obawiasz?
- Nie obawiam się. Po prostu... nie podoba mi się to miejsce.
- Jak przywykniesz do smrodu goblinów na korytarzach, reszta nie wyda ci się aż taka zła. – Zachichotał Cień Wschodu.
- Tylko nie waż się dotykać mojego Akhorahila. Pamietaj, jest mój. – Zaznaczył szybko Ji Indur.
- Przestań panikować. Nikt ci nie zabierze twojej zabaweczki. – Adunaphel trąciła piętami boki konia i wyprzedziła ich. Była nieco rozczarowana, bo wyprawa nie przyniosła jej zbyt wiele satysfakcji w postaci setek przypalonych trupów.
Oddali wierzchowce do oporządzenia goblinom i ruszyli za Khamulem do głównej sali.
Zastali tam Akhorahila czytającego księgę w fotelu przez kominkiem.
- Już wróciliście? – spytał ze szczerym rozczarowaniem.
- Tęskniłeś, maleńki? – Ji Indur wyszczerzył się radośnie, zrzucając kaptur.
- Jak diabli. – Akh skrzywił się, po czym zaczął z zainteresowaniem przyglądać się nowemu Ulairi, który w swych wyszukanych ubraniach wyglądał na dość zagubionego. – Jednak się wam udało.
- Wątpiłeś w nich? – spytał Morgul wchodząc do sali. Wyglądał na rozbawionego. – Jak widać, jak się jest zdeterminowanym, to można osiągnąć wszystko. – Skinął na powitanie Renowi. – Witam w mojej siedzibie, złotowłosy.
- Panie. – Pirat pokłonił się dwornie. – Stawiam się na twoje rozkazy.
- No proszę, widzę że mój zastępca, Khamul, użył właściwych argumentów, skoro przybyłeś tu i kłaniasz mi się z takim uniżeniem.
- Cóż. – Uśmiechnął się z zakłopotaniem Ren. – Nie da się ukryć, że te argumenty były dość mocne. – Dotknął bandażu na swych włosach.
Cień Wschodu powoli policzył do dziesięciu mając ochotę wbić Morgulowi pazury w twarz.
- Na pewno się zdziwił widząc, że też jesteś upiorem – kontynuował Król-Czarnoksiężnik z uśmiechem. – To miała być taka mała niespodzianka. Nieźle sobie z nią poradziliście, mój Czarny Easterlingu. – Przeniósł spojrzenie na ciemnowłosego młodzieńca.
Khamul bezczelnie odwrócił od niego twarz.
- Znowu się do mnie nie odzywasz? – spytał z rezygnacją Władca Upiorów. – Akh, znajdź Renowi komnatę. Niech się rozgości. A ty, mój drogi, pójdziesz ze mną do mojego gabinetu. Musimy porozmawiać
- Wybacz, mój panie, ale jestem zmęczony. – Zaprotestował Cień Wschodu. – Idę odpocząć.
- Pójdziesz, gdy ci pozwolę. A teraz do mojego gabinetu.
* * *
Khamul nie przepadał za tym miejscem (głównie ze względu na pewne wspomnienia z nim związane), toteż miał minę skazańca, gdy Morgul wskazał mu krzesło.
- Jesteś na mnie wściekły, że cię nie ostrzegłem? – spytał Król-Czarnoksiężnik opierając się biodrem o brzeg biurka i krzyżując ramiona na torsie. – Sam się wyrwałeś na tę misję. Sądziłem, że tak będzie ciekawiej. Miałem wrażenie, że ostatnio się nudzicie.
- Mogłem się okryć wstydem! – Zaatakował go słowami Easterling. – Gdybym przegrał pojedynek z Renem na oczach setek wojowników, chyba bym się zapadł pod ziemię.
- Ale nie przegrałeś. – Zauważył Morgul szczerząc zęby w uśmiechu. – Spisałeś się lepiej, niż przypuszczałem.
Khamul aż promieniował wściekłością. Wiele czasu ją w sobie tłumił, ale tym razem czuł, że nie da rady.
- Wykorzystałeś mnie.
- Chciałem tylko nieco utrzeć ci nosa. Za wiele sobie pozwalasz ostatnimi czasy – mruknął zimno Wódz. – Nie wyobrażaj sobie, że jesteś nie wiadomo kim.
Władca Hithlumu czuł się jak uczniak wezwany na dywanik przez nauczyciela. Poniżające. Do tego jego pan wydawał się rozbawiony jego bezradnością i wściekłością. Dłoń Khamula zacisnęła się ukradkiem na rękojeści wsuniętego za pasek sztyletu. Może Morgul był nieśmiertelny, ale ciekawe czy będzie tak zadowolony z siebie, gdy wykłuje mu ostrzem oko. Skoczył na Króla-Czarnoksiężnika jak pantera. Niestety ten przewidział ten ruch i wykręcił mu rękę w tył. Ścisnął nadgarstek, w którym Cień Wschodu trzymał broń i uwolnił zaklęcie mrozu. Drugi po Wodzu jęknął z bólu czując lodowe macki miażdżące mu ramię i wypuścił sztylet. Spojrzał z furią w oczy swego władcy.
- Nie denerwuj się tak, mój drogi – spokojnie szepnął Morgul. – Kiedy jesteś doprowadzony do ostateczności, przestajesz myśleć racjonalnie.
Khamul szarpnął się z sykiem, ale Król-Czarnoksiężnik tylko zacieśnił chwyt.
- Uspokoisz się, czy nie? – warknął.
Easterling uniósł głowę, by spojrzeć z nienawiścią w twarz Morgula... będącą teraz tak niedaleko jego twarzy.
Oboje zamarli wpatrując się w siebie. Żadne z nich nic nie zrobiło, a jednak w dziwny sposób byli coraz bliżej siebie, tak że Władca Ulairi po chwili delikatnie otarł koniuszkiem nosa o nos Cienia Wschodu. Khamul bał się poruszyć. Zapomniał nawet o oddychaniu, choć odkąd stał się upiorem ten ludzki zwyczaj stał się raczej przyzwyczajeniem. Wpatrywali się sobie w oczy jak dwa zwierzęta gotowe rozerwać się na strzępy. Ani jeden, ani drugi nie zauważył momentu, gdy ich usta zetknęły delikatnie, potem nieco mocniej. Upewniwszy się, że Easterling nie zamierza się wycofać, Morgul jak zaczarowany polizał dolną wargę podwładnego i ostrożnie wsunął język do środka. Jednocześnie przycisnął Ulairi ciasno do siebie.
Khamul drżał mu w ramionach pozwalając na ten niepewny pocałunek. Cień Wschodu czuł, że nogi robią mu się miękkie jak z waty, i że jego język instynktownie odpowiada na pieszczoty intruza. Nie, to nie mogło się znów dziać. Wyswobodził dłoń gwałtownym ruchem i odsunął się, wymierzając Królowi-Czarnoksiężnikowi siarczysty policzek.
Przez kilka sekund stał przed nim z dzikim spojrzeniem, dysząc ciężko, po czym odwrócił się i uciekł.
Morgul nie gonił go. Pomasował obolałą twarz z kwaśnym uśmiechem. Należało mu się. Wiedział o tym doskonale. Teraz Khamul znienawidzi go jeszcze bardziej niż dotychczas.
Zaklął.
Ale co miał zrobić, skoro przez te kilka tygodni nieobecności Easterlinga w Minas Morgul, tak bardzo się za nim stęsknił?
komentarze [9]
Szablon wykonała
Neleyka tylko i wyłšcznie dla Seth.
Nie dotykać!